Ads 468x60px

sobota, 16 marca 2013

Recenzja: Stephen Lynch - Lion

Stephen Lynch wielokrotnie wspominał, że jest muzykiem uwięzionym w ciele komika. Jego najnowszy, dwupłytowy "Lion" jest na to doskonałym dowodem.

W przeciwieństwie do pierwszych krążków artysty - przebojowych, choć prostych - aranżacje są tutaj bogate, w warstwie muzycznej mamy więcej spokoju, a nawet melancholii. Instrumentarium, od czasu przełomowego pod tym względem "3 Balloons", sukcesywnie się rozwija. Ostatecznie, gdyby tak wyłączyć ewentualną znajomość języka angielskiego u słuchacza, otrzymalibyśmy słodki, nieco balladowy album, nasączony delikatnie rockiem i country. Pamiętajmy jednak, że bez owej znajomości języka naprawdę wiele się traci. Humor na "Lionie" jest znacznie łagodniejszy niż na poprzedniczkach, ale to nie oznacza, że Lynch zupełnie wyrzekł się czarnego humoru i bluzgów. Po prostu, ograniczył ilość bezczelnych punchline'ów, na rzecz subtelności i zabawy formą. Przykładowo powtórzenia, których potencjał humorystyczny Lynch zna doskonale i ochoczo z niego korzysta (wystarczy przywołać świetne "Let me inside" czy też "Tattoo"). Chociaż rzeczywiście, osoby oczekujące jadu i szaleństwa znanego z "Craiga" czy "She gotta smile" mogą się poczuć trochę zawiedzione. Zwłaszcza, że zróżnicowanie tematyczne zostało zachowane z widocznym trudem, a niektóre pomysły są nazbyt wydumane, przez co trudno wycisnąć z nich jakieś niebanalne żarty.

Warto wspomnieć, że Stephen ponownie korzysta z pomocy wokalnej. Na największe pochwały zdecydowanie zasłużyła przepiękna Courtney Jaye, wokalistka o iście anielskim głosie. Uwierzcie mi, słowo "fuck" jeszcze nigdy nie brzmiało tak słodko. Przedstawicielka płci pięknej wprowadza ogromny powiew świeżości do występów Lyncha, umożliwiając prowadzenie scenicznego dialogu w zupełnie nowy sposób, co doskonale się sprawdza w cudownie brzmiącej kłótni, pt: "The Night I Laid You Down".

Każdy słuchacz z pewnością doceni również obecność dwóch płyt na wydawnictwie. Pierwsze CD to "Lion" w wersji studyjnej. To część wyluzowana, słucha się jej raczej w celu relaksacyjnym, aby móc docenić muzyczne walory krążka, a nie tarzać się po podłodze ze śmiechu. Jedynie w znakomitym, tytułowym utworze słyszymy mieszankę godną Beatlesów, która jako jedyna narzuca tempo nieco wyższe niż puls głównego bohatera "Big Lebowskiego". Drugie CD, czyli materiał w wersji Live, gwarantuje nowe doznania, zapewniające wyższy ładunek energii i humoru, spowodowany chemią panującą na scenie i żartami sytuacyjnymi. Zatem jeżeli chcecie się pośmiać, polecam zacząć od drugiego krążka. Wyszalejecie się i oczyścicie umysł. Wtedy pozostanie wam cieszenie się brzmieniem płyty studyjnej - niepozbawionej wad - ale wartej uwagi. Tego albumu może i nie trzeba usłyszeć, ale zwyczajnie warto to zrobić. Po lwiej (ponad dwugodzinnej) dawce, jest jakoś lżej na sercu. A i słońce zdaje się jakoś jaśniej świecić za oknem.

 OCENA: 7/10


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
Blogger Templates