Ads 468x60px

wtorek, 16 kwietnia 2013

Krytyka tłumaczenia: George Carlina "It's Bad for Ya!"

George Carlin był człowiekiem niezwykłym. Z jednej strony – ceniony artysta, specjalista od mało znanego w Polsce gatunku Stand-Up Comedy. Z drugiej – ktoś, kogo można by określić mianem współczesnego myśliciela. Carlin w niestrudzony sposób udowadniał, że wyrazy same w sobie nie mogą być nacechowane jakimkolwiek ładunkiem emocjonalnym – według niego to kontekst diametralnie zmienia przesłanie wypowiedzi. Do historii przeszedł jego słynny telewizyjny monolog Seven words you can never say on television/Siedem słów, których nie możesz nigdy powiedzieć w telewizji, po wykonaniu którego artysta został aresztowany w 1972 roku. Ale tego, co zostało wypowiedziane, nie dało się już cofnąć. Machina ruszyła, a Carlina okrzyknięto bojownikiem o wolność słowa.

George Carlin, bratając się tak z wyszukanym słownictwem, jak i wulgaryzmami oraz tak zwanym „shock value”, obnażał ludzką hipokryzję, zaściankowość, a także zwyczajną głupotę. Wychodząc z tych założeń, możemy uznać, że tłumaczenie monologów Carlina to zajęcie podwyższonego ryzyka. Nieprzypadkowo określiłem go artystą, w końcu trzeba pamiętać o tym, że nie ma artysty, który by nie opanował swojego rzemiosła. A autor It's Bad for Ya! traktował swoje monologi jak muzykę. Pieczołowicie dbał o dobór słów, melodię oraz ich rytmikę. Wszystko po to, żeby skrystalizować swoje myśli i ułatwić innym zrozumienie przekazu, a także by zwyczajnie „kupić” publikę w momencie, gdy na deskach teatru staje do pojedynku kilka tysięcy na jednego. Takiej charyzmy próżno szukać do dnia dzisiejszego.

Pragnę się pochylić nad jego ostatnim, nagranym tuż przed śmiercią, występem z 2008 roku, pt. It's Bad for Ya! Nazwisko tłumacza zostało niestety usunięte z pliku tekstowego, prawdopodobnie przez osobę odpowiedzialną za korektę i poprawę przekładu, skrywającą się pod pseudonimem „ziemol”. Nie bez znaczenia jest fakt, że tego występu niestety nie znajdziemy w oficjalnej, polskiej dystrybucji, to dlatego przekładem zajął się amator, najprawdopodobniej entuzjasta Carlina.



Liczę na to, że ta krytyka będzie dobrym uzasadnieniem powiedzenia „diabeł tkwi w szczegółach”, gdyż widzimy tutaj jak na dłoni, że tłumaczenie zostało może nie tyle zabite, co mocno pokiereszowane przez niechlujność i nieuwagę. W środowisku tłumaczy panuje przekonanie, że najważniejsza w tym fachu jest znajomość własnego języka. Tutaj to stwierdzenie pasuje idealnie, ponieważ większość błędów opiera się niekoniecznie na złym przekładzie (który ostatecznie okazuje się niezły), lecz na nieznajomości zasad języka polskiego. Mam tu na myśli liczne wpadki językowe, pominięte przecinki (albo też odwrotnie – nieuzasadnione znaki interpunkcyjne), polskie znaki umieszczane w złych miejscach oraz błędy gramatyczne. Naturalnie nie skupię się na wyliczaniu każdego z nich, a jedynie postaram się wyłowić najciekawsze, w mojej opinii, przykłady.

Już na samym początku mamy do czynienia z niepotrzebnymi apostrofami. Widzimy Tiger'a Woods'a, Alzheimer'a, doktora Phil'a, zamiast Tigera Woodsa, Alzheimera oraz doktora Phila – to tylko kilka przykładów tego niezrozumiałego wyboru. Polski przekład roi się także od angielskich wtrąceń, westchnień i zduszonych okrzyków, które w większości przypadków nie wnoszą nic do wypowiadanych kwestii, a takie wyrazy jak uh, hey, huh? czy też kompletnie niezrozumiałe mahmahmmmnanmna, wręcz utrudniają lekturę napisów - w szczególności osobom niesłyszącym, dla których przecież taka forma przekładu zdaje się powstawać. Skoro anonimowy tłumacz uznał, że podkreślenie ekspresji Carlina jest niezbędne, mógł się pokusić o spolszczenie tych zwrotów. Och, hej oraz co?/nie?, brzmią dobrze, wyglądają jeszcze lepiej, a co najważniejsze, nie wprowadzają chaosu i nie odwracają uwagi widza od treści napisów i tego, co się dzieje na ekranie. Podejrzany jest także zwrot: lubił robić sobie tam drzemkę. Nie ulega wątpliwości, że odpowiednim czasownikiem do przełożenia tego związku frazeologicznego jest w tym wypadku ucinać. Wyraźnym problemem dla tłumacza okazał się także angielski wulgaryzm shit, który w większości form został przełożony dosłownie. Niestety dla niego, w języku polskim to słowo nie może opisywać wszystkiego. Dlatego zdanie pokroju: Pozbieraj swoje gówna z biurka i spierdalaj stąd! Jesteś przegrańcem! brzmi sztucznie i topornie, nawet jeżeli nie weźmiemy pod uwagę oficjalnie nieistniejącego słowa przegraniec, które można było z powodzeniem zamienić na nieudacznika. Wracając do słowa shit, należy pamiętać, że powoli się ono dewaluuje i nie jest już postrzegane za wulgarne w takim stopniu jak niegdyś. Wydaje mi się, że najrozsądniejszym wyjściem jest tworzenie łagodniejszych, ale za to zróżnicowanych i naturalnie brzmiących synonimów: Pozbieraj swoje graty/śmieci.

Dzieło George'a Carlina jest samo w sobie dość mocne, a wulgaryzmy pełnią w nim określoną funkcję. Dosłowne tłumaczenie niektórych z nich, sprawia, że całość brzmi niedorzecznie w nowym kontekście językowym, co może być odrzucające dla polskiego widza. Przykładowo mamy tutaj pojawiający się kilkukrotnie tytułowy „catch phrase”, który po polsku brzmi tak: To wszystko gówno prawda, ludzie! To wszystko gówno prawda i jest to dla was złe! Gołym okiem widać, że kompozycja jest zupełnie zaburzona. Efekt płynnego, chwytliwego It's all bullshit, folks. It's all bullshit and it's bad for ya! zniknął, przez co trudno go zapamiętać, a to przecież efekt odwrotny od zamierzonego. Myślę, że zdanie Toż to gówno, ludzie, gówno! I nie wyjdzie wam na dobre!, zachowałoby oryginalny sens (pamiętajmy, że bullshit nie oznacza tylko bzdury, ale jest także wyrazem głębokiego poczucia gniewu i niesprawiedliwości), utrzymując przy okazji swój ładunek emocjonalny i logikę. Jedynie płynność tego „refrenu” zostałaby zastąpiona bogatszą rytmiką, która również sprawdza się dobrze w tej roli.





W czasie seansu można zauważyć, że irytująca jest także ilość wykrzykników w napisach. O ile wielokropki w filmach mają swoje uzasadnienie, bowiem zaznaczają ciągłość wypowiadanych kwestii, to nagminne korzystanie z wykrzykników jest nierozsądne. Widz jest zdezorientowany. Widząc je, spodziewa się ujrzeć na ekranie gniew, panikę – jednym słowem silne emocje. Niestety, w rozpatrywanym przeze mnie tłumaczeniu znaki interpunkcyjne często nie korespondują z tym, co się dzieje na ekranie. Jest to problem o tyle istotny, że w momentach kiedy znak ten pojawia się w uzasadnionym momencie, nie robi już odpowiedniego wrażenia. Lista urozmaiconych pod kątem emocjonalnym kwestii zamienia się w ścianę jednolitego tekstu, który w niedostatecznym stopniu oddaje filmową rzeczywistość.

Ciekawym zjawiskiem jest także przełożenie pleonazmu period of time na okres czasu. W teorii jest to wierny przekład, ale można było go zamienić na poprawny językowo okres, odcinek czasu lub po prostu czas. Nie zmienia to sensu zdania, a przy okazji nie krzewi błędów językowych u rodaków, podczas gdy angielskie period of time zdaje się być powszechnie akceptowaną formą. Kolejną niedogodnością dla polskiego widza jest także niestosowanie przypisów, podczas gdy materiał przepełniony jest odniesieniami kulturowymi. Za przykłady niech posłużą wspomniani przez Carlina Bracia Menendez, P.T. Barnum i Doktor Phil. Zdecydowanej większości Polaków te nazwiska nic nie mówią. Wziąwszy pod uwagę, że nie mamy do czynienia ze zwykłem filmem, lecz występem komika, musimy poznać kontekst historyczny oraz kulturowy żeby zrozumieć niektóre żarty.

W rzeczywistości takich błędów jest dużo więcej. Niezrozumienie słów, nielogiczne zdania oraz nietrafione decyzje translatorskie są tutaj dość częstym zjawiskiem. Tym większe zdziwienie mnie ogarnia, gdy muszę przyznać, że ostatecznie przekład jest całkiem udany. Z pewnością niepozbawiony wad, ale spełnia najważniejszą funkcję: tłumaczy niełatwy język Carlina na polski, zachowując przy tym ducha oryginału. Większość kwestii jest ułożona całkiem zręcznie, czyta się je lekko i – pomimo fatalnej korekty – bez wrażenia, że mamy do czynienia z amatorskim przekładem. Z drugiej strony bądźmy świadomi, że – o dziwo! – It's Bad for Ya!, w porównaniu do innych taśm Carlina, jest dość ubogie, jeżeli chodzi o gry słowne i zabawę językiem. Największym, a tym samym jedynym poważnym wyzwaniem, okazał się podział materiału na dwie części konceptualne. Pierwsza z nich składa się z niewybrednych żartów, przy których można odpocząć i przygotować się na część drugą. Zdania są krótkie i niewyszukane, a dobór potocznego słownictwa został zachowany w dostatecznym stopniu. Druga połowa materiału jest tą bardziej poważną i dotyczy istotnych obserwacji społeczno-politycznych. Wypowiedzi stają się dłuższe i komplikują się. Nie da się ukryć, że utrzymanie odpowiedniego tempa narracji wymagało pewnego wysiłku, który to tłumacz podjął z powodzeniem. Mimo że po raz pierwszy od wielu lat, carlinowska szala przechyliła się w stronę treści (zamiast, jak na poprzednich szczeblach jego kariery, balansować między nią, a formą), nie można odmówić zasług autorowi przekładu, który zadowalająco wywiązał się ze swojego zadania. Pozostaje tylko żałować, że nie przyłożył odpowiedniej wagi do rzeczy pozornie błahej: to znaczy szczegółów, bo – jak widzimy na przykładzie tego tekstu – to właśnie one budują ogół.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
Blogger Templates