Ads 468x60px

środa, 1 stycznia 2014

Roast, czyli humor wprost z czeluści piekła cz. 1


Uwielbiamy śmiać się z innych. To nie opinia tylko fakt. Absolutnie każda osoba, która kiedykolwiek postawiła stopę (bądź kółka, w skrajnych przypadkach) na tej ziemi, czerpie w mniejszym lub większym stopniu przyjemność z nieszczęścia innej osoby. U niektórych uśmiech na twarzy wywoła człowiek, który poślizgnie się na skórce od banana, u innych taka, która zrobi z siebie kompletnego debila na youtube, bądź zapomni słów hymnu narodowego w nieodpowiednim momencie. Dogryzanie ludziom ma bogatą tradycję, zwłaszcza w Ameryce. To właśnie tam od zawsze ignorowano półśrodki i z miejsca mówiło się co komu leży na wątrobie. Nieważne czy mówimy o kłótniach Ala i Marcy w "Świecie według Bundych", o kąśliwych uwagach doktora House'a wobec pacjentów, czy nawet podwórkowych żartach z cyklu "yo momma's so fat...". Humor zawsze bierze się z nieszczęścia, co jest nieprawdopodobnie szlachetne, jako że emocje negatywne, takie jak ból, zakłopotanie i smutek, można przekuć w szczery śmiech i radość. Tylko jeszcze nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę.

W Polsce jeszcze nie ma swobody w tego typu docinkach. U nas myli się słowa z czynem. Ironię zauważa się dopiero wtedy, gdy towarzyszy jej cały oddział emotikon i zapewnień, że to tylko żart. Stosowanie śmiałej autoironii to często samobójstwo. Powiedzmy, że jesteś urodziwą kobietą i zażartujesz sobie, udając, że nie rozumiesz jakiejś oczywistej błahostki lub po prostu zaczniesz udawać osobę niezbyt ogarniento. Ot tak, dla śmiechu. Musisz liczyć się wtedy z faktem, że wszyscy wezmą twoje słowa na poważnie, biorąc cię za stereotypową blondynkę. Dlaczego? Bo mamy jakiś dziwny problem z zaufaniem, nie wierzymy w inteligencję współrozmówców i ich dystans do siebie. Każdy ponad każdym, wszyscy najmądrzejsi, jak powiedział niegdyś Sokół. Niestety jest jeszcze coś gorszego. Żartujesz z siebie samego? Jesteś debilem, ale nieszkodliwym. Śmiesz śmiać się z innych? Będą tańczyć na twoim grobie.

Tekst ten podzielę na dwie części. Dzisiejszy fragment będzie mówić o tym, czym tak naprawdę jest roast i jak niezwykle bogata może być ta gałąź komedii. W drugiej części zastanowię się nad tym czy roast w Polsce ma szanse się przyjąć, a także, co myślę o dotychczasowych próbach przeszczepienia go na nasz grunt.
Bob Saget na roaście Jacka Blacka
Czym dokładnie jest roast? Z angielskiego to słowo oznacza pieczeń, piec lub - najodpowiedniej w tym przypadku - dopiec. W tradycji (obecnie mocno skomercjalizowanej) amerykańskich komików roastem nazywamy spotkanie, na którym goście oddają honor danemu komediantowi lub artyście. Czyni się to w sposób nietypowy, to jest poprzez ośmieszenie, nie zapominając zarazem o pięknej idei: We only roast the ones we love/Dopiekamy tylko tym, których kochamy. Początkowo były to spotkania elitarne (klasyczny Friars’ Club do dziś celebruje swoje zebrania po cichu, w przeciwieństwie do stacji telewizyjnej Comedy Central, której roasty uginają się od taniego blichtru i są szeroko transmitowane, od niedawna nawet w Polsce), zwykli śmiertelnicy czegoś takiego zobaczyć zazwyczaj nie mogli.

Jeff Ross
Konferansjer, czy też wodzirej, nazywany jest tutaj roastmasterem (pozwólcie, że od czasu do czasu spolszczę to słowo na potrzeby bloga, używając terminu roast-mistrz). Jest to bardzo często bliski przyjaciel osoby roastowanej. Spina całe wydarzenie spójną klamrą, przedstawiając każdego gościa -oczywiście w humorystyczny sposób - oraz zapraszając go do mikrofonu, by podzielił się swoimi żartami z zebranymi. Cała idea polega na tym, by nie obrażać dla samego obrażania. Słuszną rzecz powiedział roastmaster general Jeff Ross, mistrz tego gatunku: You don’t want to pick on people that aren’t up for it. You want everyone to leave the show going, ‘That was so much fun. I wish I’d been roasted/Nie zaczepiasz osób, które są temu przeciwne. Chcesz, by każdy po tym spektaklu mówił: 'To była świetna zabawa. Sam chciałbym zostać zroastowany'. Wiele osób uważa, że obrażanie to najniższa forma komedii i świadczy o braku wyrafinowania w poczuciu humoru. Zarzuty o prymitywność zwyczajnie mnie bawią, ale w ten niezamierzony sposób. Mam wrażenie, że osoby posługujące się tym argumentem należą do grupy ludzi, które uważają, że Woody Allen to czysty, wysublimowany humor, zapominając o tym jak wiele jego filmów ugina się od sprośnych dowcipów. Różnica jest taka, że zazwyczaj - choć nie zawsze! - są zapodane w delikatnym, intelektualnym sosie. Jednak rdzeń pozostaje niezmienny, śmiech pochodzi z tego samego miejsca, różni się tylko opakowaniem.

Na facebookowych fanpage'ach popularnych polskich stand-upperów możemy znaleźć opinie w stylu (pisownia oryginalna): 
[...] żeby czasem roasty nie stały się symbolem polskiego kabaretu bo to będzie bardzo niska poprzeczka . Kabarety Polskie są na wysokim poziomie i niech tak będzie, a roasty mogą być dodatkiem do Polskiego kabaretu .
Czy też:
Może ogólnie nie podoba mi się ten rodzaj satyry. Złośliwe żarty mnie odstręczają. Można po kimś żartobliwie pojechać, bo to taka forma. Ale trzeba znać umiar. To wynosi się z domu.
To, że nie zgadzam się z takimi stwierdzeniami jest oczywiste, na tym więc zakończę temat recepcji, by powrócić jeszcze do niego w kolejnej części tekstu. Teraz zaś spróbuję udowodnić wam klasę "agresywnych" dowcipów, przedstawiając wam fragmenty jednych z najciekawszych moim zdaniem występów. Zacznijmy na grubo, od najbardziej klasycznej formy dopiekania, a wszyscy ci, którzy myślą, że to, co się działo na roaście Abelarda Gizy lub Piotra Kędzierskiego było pikantne, niech sobie notują.

Jeff Ross jest jednym z moich ulubieńców jeżeli chodzi o insult comedy. Doprowadził ten gatunek do perfekcji, niejednokrotnie przekraczając wszelkie bariery jakie obowiązują w szeroko pojętej komedii. Lubi czasami zaprezentować jakiś wyjątkowo kreatywny one-liner, jednak olewa pretensjonalność, rzucając najczęściej ostre, wulgarne, nierzadko infantylne (tym samym najszczersze w wyrazie) dowcipy. Kto ośmieliłby się powiedzieć żarty tak niskich lotów na temat dystyngowanej, starszej pani jaką była Bea Arthur? Nikt, dlatego są tak cholernie zabawne. Obecnie Jeff pojawia się praktycznie na każdym roaście, gdyż - jakkolwiek głupio to nie brzmi - w obrażaniu ludzi jest prawdziwym profesjonalistą. Przy okazji nie boi się rozdrapywać świeżych, niezagojonych jeszcze ran (wzmianka o Kurcie Cobainie powiedziana prosto w twarz Courtney Love). Jak sam zwykł mówić: Too soon? It's never too soon.




Zauważcie, że Jeff po nawet największej i najbardziej krwawej tyradzie punchline'ów zawsze podziękuje swoim ofiarom za bycie dobrymi sportami. Wydaje się być w tym bardzo szczery; to taka osoba, która na ringu przerobi ciebie na coś, co wygląda jak wymiociny Maleńczuka po wyjątkowo udanym weekendzie, a po wszystkim uściśnie ci dłoń, pomagając otrzeć pot i resztki juchy z poobijanej twarzy. Przypomina mi to hip-hopowe walki freestyle'owe gdzie nienawiść jest tylko pozorna. Liczy się dobra zabawa i dystans do siebie.

Teraz coś z kompletnie innej beczki - oddalamy się od plastikowego przepychu by zasiąść pośród elegancko ubranych dżentelmenów i dam z Friar's Club. Głównym bohaterem tego linczu jest znany i lubiany Drew Carey, a wyśmiewający go Dick Capri podczas swojego przemówienia nie powiedział o nim złego słowa. Wręcz przeciwnie, zaczął go chwalić tak bardzo, że nawet najbliżsi przyjaciele Careya śmiali się w głos, wiedząc, że coś tutaj nie gra. Kochamy Drew, ale to tylko zabawny grubas w okularach - zdawali się myśleć. - Ile rzeczywiście istotnych rzeczy mógł on osiągnąć?



Pójdźmy jeszcze dalej. Posłuchajmy nieznanego w Polsce, ale uwielbianego w USA Norma MacDonalda. Jego krótki występ na grillowaniu Boba Sageta jest szalenie zabawny i wzruszający zarazem. Norm, bliski przyjaciel Boba, uznał, że nie bardzo ma ochotę go obrażać. Sięgnął więc po stareńką książeczkę z dowcipami, którą dostał niegdyś od ojca. Pamiętacie dowcipy, które opowiadał wam wasz dziadek? Coś w stylu: "Co leży w trawie i nie dycha? Dwie dychy". Tutaj macie całą plejadę czerstwych puent i morowych gier słownych. Publika dopiero po pewnym czasie odnalazła się w zamyśle Norma, efekt jest zatem przekomiczny. 


Wykorzystanie anty-humoru na roaście było na tyle świeże, że o podobny zabieg pokusił się również Andy Samberg na świetnym linczu Jamesa Franco z 2013 roku. Niestety na youtube znajduje się tylko ten krótki fragment w dobrej jakości, niemniej zarysowuje on ideę całego przemówienia całkiem zgrabnie.


Zakończmy mocnym, wulgarnym i siermiężnym akcentem. Gilbert Gottfried ma tak specyficzne delivery, że dla wielu osób może okazać się zupełnie niestrawny. Osobiście uważam, że jest przezabawny, a jego wielokrotne powtórzenia kluczowych słów zawsze sprawiają, że oczy szklą mi się ze śmiechu. Obrzydliwe dowcipy, mało wyrafinowane puenty, przerabianie starych anegdot o klasycznej strukturze narracyjnej oraz żarty, które nie byłyby w ogóle zabawne gdyby nie sposób ich przedstawienia. Oto cały Gilbert.


To nieprawdopodobnie, że pieczeń można przyrządzać na tyle różnych sposobów. Amerykańscy komicy udowadniają, że z jednej charakterystycznej cechy (otyłość, silikonowe piersi, słabość do używek, wiek, kolor skóry) można stworzyć dziesiątki cholernie kreatywnych dowcipów - w końcu obrażanie to także sztuka, na dodatek naprawdę trudna. Osobiście najbardziej odpowiada mi prostota i skuteczność bolesnych ciosów Jeffa Rossa, Sary Silverman, Anthony'ego Jeselnika, Amy Schumer czy Lisy Lampanelli. Nie potrafię jednak nie docenić nietypowego podejścia i szalonej charyzmy takich person jak Gilbert Gottfried, zmarły w 2011 roku Patrice O'Neal czy Greg Giraldo, który rok wcześniej również udał się do krainy wiecznego barbecue. 

Niestety obecnie idea roastów trochę się rozmyła. Oglądamy coraz więcej celebrytów, którzy nie mają nic wspólnego z komedią. Ostatnie lincze zorganizowane przez Comedy Central wydają się bardziej efekciarskie niż efektowne. Większość gwiazd zgadza się na ośmieszanie tylko po to by pokazać swój dystans do siebie lub ocieplić mocno nadszarpnięty wizerunek (pieniądze przeznaczane na cele charytatywne to tylko miły bonus). Najważniejsze jednak jest to, że wciąż możemy liczyć na solidną dawkę śmiechu, a także z uśmiechem obserwować jak gigantyczne balony wybujałego ego takich osób jak Chevy Chase, zostają bezlitośnie przebijane na oczach milionów widzów. Cierpienie i śmiech uszlachetnia, pamiętajcie o tym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
Blogger Templates