Ads 468x60px

środa, 9 lipca 2014

Recenzja: Jim Jefferies "Alcoholocaust"

Przyznaję szczerze, że nigdy raczej nie przepadałem za Jimem Jefferiesem, australijskim komikiem, który - o dziwo! - stał się w "naszym" internecie jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci światowego stand-upu. Nie do końca odpowiada mi jego delivery, czyli forma przedstawiania dowcipów. Lubię kiedy ktoś rzuci bezczelną, oburzającą puentę w dobrze przemyślanym, nieoczekiwanym momencie; wywiera ona wtedy na mnie duże wrażenie na bazie kontrastu lub zwykłego szoku (właśnie ten zabieg łączy ze sobą dwa pozornie przeciwstawne gatunki: komedię oraz horror). To coś jak cios szpadą, który - dobrze wycelowany - przebija serce. Jim Jefferies jest jednak jak człowiek władający maczetą: tnie na oślep, przez co raz trafi a raz nie. Tym samym najczęściej zadane rany są powierzchowne, ale raz na jakiś czas ostrze trafia tam gdzie należy, a zamach jest na tyle silny, że faktycznie może odciąć głowę jednym cięciem.

Z tego powodu długo nie mogłem się przemóc by obejrzeć cały jego występ. Czynnikiem zapalnym, który ostatecznie mnie przekonał do wpisania magicznych słów do youtube'owej wyszukiwarki, okazał się jeden z odcinków znakomitego podcastu "Joe Rogan Experience", w którym zagościł i najzwyczajniej w świecie ujął mnie swoją charyzmą, przekonując, że jest całkiem inteligentnym facetem. "Cóż, spróbować nie zaszkodzi" pomyślałem, a następnie zabrałem się do oglądania.

Mimo to nie miałem wygórowanych oczekiwań wobec "Alcoholocaustu", trudno mówić więc w tym przypadku o tym, że się "nie zawiodłem". Nie mogę również rzec, że mnie jakoś specjalnie zaskoczył, gdyż to nie do końca prawda. Po prostu otrzymałem kawał dobrej komedii "na stojaka" z kilkoma świetnymi pomysłami, ale który niestety do mojej listy TOP raczej nie doskoczy.

Mam nadzieję, że powyższy akapit nie zabrzmiał zbyt szorstko, gdyż jak już wspomniałem "Alcoholocaust" jest naprawdę niezły. Jim nie bawi się w mentora, czego zresztą trudno oczekiwać od osoby, która rozpoczyna swoją godzinę, mówiąc, że kobiety to pizdy (bardzo dobry pomysł na wstęp, swoją drogą. Poważnie). Przyjąłem jednak z niemałym zdziwieniem fakt, że Jim potrafił dwa czy trzy razy wtrącić bardzo ciekawą, ciepłą myśl, pomimo całej "skurwysyńskiej" otoczki, będącej jego znakiem rozpoznawczym.

Repertuar Jefferiesa jest raczej klasyczny w ramach gatunku. Parę słów o wojnie, kilka o relacjach damsko-męskich (lub jakby to ujął zapewne sam Jim "relacjach między pizdami a pizdami"), sporo o religii oraz długa, naprawdę znakomita opowieść o niepełnosprawnym kumplu, która zamyka cały materiał z przytupem. Jefferies posiada spory luz na scenie - w czym na pewno mu nie zaszkodziły kolejne kubki piwa, jakie przechylał podczas występu - aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że mamy do czynienia z prostackim humorem typowego chlejusa. Wydaje mi się, że jedną z najważniejszych cech komika jest bycie wnikliwym obserwatorem i sprawnym bajarzem, a w tych dwóch kwestiach Jim sprawdza się naprawdę dobrze. Gdy sięga po jakąś powszechnie znaną prawdę, potrafi zaprezentować ją w być może nieodkrywczy, ale za to autentycznie zabawny sposób. Gdy zmyśla, robi to cholernie przekonująco, potrafi zaangażować słuchacza do tego stopnia, że aż do samego końca wierzy w opowiadaną historię. Dopiero gdy autor niszczy (w pozytywnym sensie) opowiastkę nieprawdopodobną puentą, publika wyje z zachwytu.

Wrażenie robi także jego dystans - nie tyle do siebie samego, co przede wszystkim do otoczenia. "Ma wyjebane" na wszystko i wszystkich, co doskonale widać, gdy ujawnia dane personalne przyjaciół (prawdopodobnie nieprawdziwe, ale wciąż), będących bohaterami jego najbardziej charakterystycznej historii. To budzi szacunek i paradoksalnie sympatię. Półśrodki tutaj nie istnieją, praktycznie każda osoba przewijająca się przez monolog Jima dostaje parę bezczelnych punchline'ów w swoim kierunku. O dziwo, wiele z tych żartów jest zawoalowanych w - nazwijmy to - "twardą miłość". Pomimo bezkompromisowego podejścia do humoru jest tylko kilka momentów, w których komik nabija się z czegoś lub kogoś w sposób rzeczywiście nienawistny. Pozostałe żarty, choć bywają równie obrzydliwe, często są niepozbawione sympatii. To cholernie subtelna sztuka, której widzowie być może nie zawsze dostrzegają, lecz jest to wyczyn naprawdę nieprzeciętny i warto go docenić.

Przyjemny jest również klimat tego występu. Stand-up oczywiście znany jest z burzenia bariery pomiędzy artystą i widzami, niemniej Jim w większym stopniu niż inni komedianci jawi się jako kumpel, opowiadający przy piwie znajomym o tym, jak został niemal oskarżony o gwałt (co oczywiście zdarza się nam wszystkim, prawda?). Jest jak ten głośny, zapijaczony znajomy, który na imprezach prosi o ciszę, mówiąc uprzejmie: "Dobra, zamknijcie mordy, pedały, teraz ja mówię!". I jest w tym tyleż autentyczny co zabawny.

Jeżeli coś nie gra na tej taśmie, to przede wszystkim monotonia materiału oraz postawienie wszystkiego na jedną kartę jeżeli chodzi o delivery. Jeśli lubicie hardkor - będziecie dobrze się bawić. Ale pamiętajcie, że to jedyne, co otrzymacie; nie licząc dwóch lub trzech dowcipów, które absolutnie wybijają się ponad przeciętność i można je określić mianem... romantycznych (!). Oczywiście nie będę rzucał cytatami, gdyż jak możecie wywnioskować z mojego wywodu, Jim jest raczej typem gawędziarza, dowcipy wyrwane z kontekstu w jego przypadku nie porywają, zwłaszcza że raczej niewiele tu typowych one-linerów, którymi mógłbym się podzielić. Dlatego jeżeli chcecie się zapoznać z "Alcoholocaustem", do czego zachęcam, zdecydowanie odradzam oglądania 2-3 minutowych fragmentów jakie możecie znaleźć w internecie. To raczej program, który działa jako całość, w którym podobnie jak w przypadku słynnego dowcipu o Arystokratach, najważniejsza jest sama droga, a nie jej cel.

6+/10

2 komentarze:

  1. Dałbym więcej. Ja się naprawdę dobrze bawiłem słuchając tego show,a robiłem to podczas 15km biegu uphill-downhill więc musiałem mieć coś co odwróci moją uwagę.

    PS powinieneś znów więcej o komedii pisać, a najlepiej to roczne rankingi show robić

    OdpowiedzUsuń
  2. Spoko recenzja, aczkolwiek ja mam lekko lepsze zdanie chyba o jego programie niż Ty, aczkolwiek puenta zamykająca program, a właściwie kończąca mogłaby być lepsza, a była dość przewidywalna. Tak czy owak polecam. Bożena Dykiel ;)

    OdpowiedzUsuń

 
Blogger Templates