Ads 468x60px

niedziela, 17 sierpnia 2014

Hip-hop i Stand-up w jednym stali domu - część 1

Rap i Stand-Up Comedy. Te dwie dziedziny sztuki, które zawładnęły moją wyobraźnią oraz wolnym czasem, są według mnie zadziwiająco tożsame. Odkąd tylko poznałem obie gałęzie rozrywki, mariaż ten wydaje mi się naturalny, szczególnie w przypadku polskich odmian tychże. Abelard Giza, jeden z najważniejszych polskich stand-upperów, postrzega znakomity utwór Bisza pt. "Pollock" za swego rodzaju hymn stand-upu (również myślę, że coś w tym jest). Jacek Stramik, młody (jeszcze się porusza o własnych siłach), gniewny polskiej komedii, opisuje w jednym z wywiadów ich podobieństwo, a Antek Syrek-Dąbrowski, komik kompletnie nie interesujący się tą muzyką, przyznał mi kiedyś, że on także widzi tutaj pewną zależność.

Nie chcę, broń Boże, wam wmawiać, że można pomiędzy tymi gatunkami postawić znak równości, to oczywista bzdura. W końcu początki tych form były - przynajmniej w Ameryce - zupełnie inne, dopiero po jakimś czasie zaczęły się rumienić na swój widok i nie zdziwiłbym się gdybym nakrył je kiedyś na trzymaniu się za ręce. Tak czy inaczej, niegdyś "komedię na stojaka" można było porównać raczej do swingujących dzieł Deana Martina aniżeli bangerów 50 centa. To nie zmienia faktu, że po tylu latach istnienia stand-upu możemy zauważyć kilka wyraźnych powiązań.

Chris Rock, w klasycznym talk-show Jamesa Liptona "Inside Actors Studio", wysnuł bardzo interesującą teorię, łączącą komików z różnymi gatunkami muzycznymi. Według tej tezy Eddie Murphy przywodzi na myśl R'n'B. Moglibyśmy pójść jeszcze dalej, mówiąc, że Louis C.K. i Woody Allen to komediowy ekwiwalent Jazzu, Hicks i Rogan to energia godna Rocka, etc. A co z Chrisem? No właśnie, on sam użył wobec siebie sformułowania Hip-Hop Comedian. Bo wskutek muzyki, na której się wychował (Run-D.M.C., N.W.A. i inne), jego humor nie należy do najbardziej sympatycznych, a delivery jest bardzo ekspresywne i bezpośrednie.



Mimo wszystko, moje skojarzenie wcale nie wynika z faktu, że Chris w swoich występach poświęca sporo miejsca na żarty o raperach (zarówno żywych jak i tych nieco sztywniejszych), obrazie rapu w mediach i wszechobecnym zamiłowaniu "czarnych ziomali" do wszelkiej maści bling-blingów i błyskotek. Powodem także nie jest to, że Chris Rock użyczył swojego komediowego talentu Kanye'emu Westowi w genialnym utworze "Blame Game". Ani to, że utalentowany komik młodego pokolenia, Donald Glover, jest równie utalentowanym raperem, którego słuchacze znają pod pseudonimiem Childish Gambino. 

Donald Glover
Gdzie zatem widzę wspólny mianownik? W dynamicznej ekspresji, w sposobie poruszania tematów, również tych społecznych, w przykładaniu uwagi do odpowiedniej rytmiki monologu, w energii na scenie oraz każdym małym elemencie, który jako żywo przypomina mi wciąż kontrowersyjny w Polsce gatunek muzyczny. Pozwólcie, że najpierw odniosę się do kilku słów, które nie są zarezerwowane wyłącznie dla gatunków będących tematem tego tekstu, ale pozwolą nam dostrzec ich punkty wspólne.

Rap i Stand-Up kładą nacisk na podobne elementy. Punchline, czyli po naszemu puenta, jest nieodłącznym elementem rapowego numeru oraz dobrego materiału komediowego. Bez błyskotliwych linijek, które łatwo zapadają w pamięć, nie zmusisz nikogo do zapamiętania twojego imienia. W obu gatunkach funkcjonuje również słowo kill, co oczywiście oznacza po prostu zabić, tyle że w pozytywnym kontekście. Mówi się tak gdy komuś się bardzo dobrze powiedzie na scenie. To jest na tyle zrozumiałe, że raczej nie trzeba się nad tym rozwodzić, zwłaszcza że nawet u nas mówi się podobnie: pozamiatać, rozjebać lub zjeść kogoś (ostatniego sformułowania używa się głównie w odniesieniu do raperów, którzy często ze sobą rywalizują). Przeskoczę zatem od razu do określenia bardziej zagadkowego dla Polaków, czyli do dying (umierać). W slangu amerykańskich komików, śmierć na scenie jest wynikiem tak zwanego bombingu, czyli braku reakcji publiki. Wybuczenie artysty, o dziwo, nie jest aż tak znienawidzone w środowisku jak słynny bombing, gdyż nawet w tym skrajnym wypadku masz pewność, że wywołałeś w publice jakiekolwiek emocje. Niektórzy komicy wręcz lubują się w prowokowaniu takiego odzewu (vide Andrew Dice Clay, Andy Kaufman) i traktują go jako część swojego przedstawienia. A cisza? Ona pozostawia w tobie wrażenie, że jesteś nikim - totalnie bezbarwną, nieatrakcyjną dla widza jednostką. Po opowiedzeniu dowcipu z którego nikt się nie śmieje, komik czuje pewnego rodzaju zażenowanie, strach, chęć zapadnięcia pod ziemię. Dlatego uznano, że właśnie tak musi czuć się człowiek gdy umiera. Oto krótka geneza tego barwnego słówka.

Uważasz, że to określenie jest przesadzone? Przypomnij sobie sytuację kiedy rzuciłeś nieśmieszny dowcip w towarzystwie (spokojnie, każdy z nas ma to za sobą). Teraz wyobraź sobie, że zrobiłeś to na scenie. Przed gromadą widzów, którzy przyszli do klubu po to, by miło spędzić wieczór. Wszystkie reflektory są skierowane na ciebie, a ty słyszysz syk opadającej piany w kuflu piwa pana z trzeciego rzędu.

Jak zatem przeżyć na scenie? Najlepiej stworzyć dobry materiał, a ten opiera się na podobnych wartościach co rap. Jacek Stramik widzi to w następujący sposób:

Czasem porównuję stand-up do hip-hopu. Najważniejsza jest szczerość i autentyczność zamknięta w określonej formie. W przypadku hip-hopu są to bity i rymy. W przypadku stand-upu – żarty, przemyślane konstrukcje, których uczymy się dzięki oglądaniu amerykańskich czy brytyjskich komików. 

Autentyczność i emocje odgrywają szczególnie dużą rolę. Działa to na zasadzie reakcji łańcuchowej, jeżeli ty nie przekażesz odpowiedniej dawki energii, publika jej nie odbierze. Możesz być kochany, możesz być znienawidzony, ale gdy jesteś bezbarwny to po prostu nie istniejesz. Klasyczny już utwór Lavoholics, zatytułowany "Nie ma emocji nie ma rapu", wyjaśnia wszystko. Podobnie jak poniższe wersy Mesa z utworu "Sam siedzę tu":
Niektórzy raperzy, wiesz, niektórym zależy,
by mówić o tym, co sami przeżyli, ale do tego trzeba coś przeżyć. 
I nie mówię o śmierci chomika, czy rozstaniu z dupą,
bardziej o podaniu ręki w innym świecie kilku trupom.
Nie chodzi mi o żadne narkotyki, czy alkoholowe nawyki,
lecz o emocje, którym nie potrzebny jest przypis.

Nie oznacza to, rzecz jasna, że artysta musi koniecznie się wydzierać do mikrofonu lub opowiadać o nieudanych próbach samobójczych. Emocje mogą być okazywane w przeróżny sposób. Czasami prosty, nieautobiograficzny tekst może zrobić nieprawdopodobne wrażenie, ale musi być napisany i przedstawiony z autentyczną pasją. Amerykański klasyk, Jerry Seinfeld, opowiedział w programie "Talking Funny" o tym, jak pewnego razu wygłaszał swój monolog - typowy pewniak, który wałkował już setki razy i zawsze wywoływał salwę śmiechu. Niestety, za sto pierwszym razem Jerry zaprezentował go widzom automatycznie, to znaczy bez większego zapału i zastanowienia.  Publika wyczuła, że coś jest nie tak i odpowiedziała krępującą ciszą. Od tamtej pory Seinfeld zawsze stara się być jak najbardziej zaangażowany w prezentację swojego materiału, bo wie, że nawet najmniejsza chwila zapomnienia może się zakończyć przerwaniem kontaktu z widownią, a trudno jest potem go podobnie nawiązać.



Jako słuchacz hip-hopu, osobiście wolę płytę niedopracowaną, z kilkoma nietrafionymi decyzjami, ale mającą w sobie coś intrygującego, niż miałką, nieoryginalną produkcję, która nic nie wnosi do mojego życia. Ta przeciętność może być największym zagrożeniem dla rapera, gdyż Mistrz Ceremonii zawsze musi być JAKIŚ. Nie ma mowy o braku charyzmy. Nieważne czy mamy na myśli rap "inteligencki", który zachęca do refleksji, wulgarny horrorcore, relaksujący g-funk, przepełniony agresją i/lub poczuciem humoru diss, czy nawet parkietowy banger, czyli szlagier, który zmusza każdego do tańca. Tak samo nieważne jest to, czy komik prezentuje grzeczny, "tatusiowaty" humor jak Bill Cosby i Jeff Gaffigan, społecznie zaangażowane żarty połączone z gorzkimi refleksjami jak George Carlin i Chris Rock, bolesny humor oparty na shock-value jak u Daniela Tosha czy Anthony'ego Jeselnika, czy też przaśne dowcipy jakie usłyszymy u Eddie'ego Murphy'ego i Dave'a Chappelle'a. Jeżeli jesteś naturalny i przekonujący w tym, co robisz, możesz opowiadać o rzeczach, które mnie kompletnie nie interesują, tak jak zalesienie Słowacji, rytuały godowe torbaczy czy nawet twórczość polskich - pożal się Boże - youtuberów, a i tak będę zainteresowany.

Temat ten jest wciąż daleki od wyczerpania, ale na tym dzisiaj zakończę. Kolejne spostrzeżenia przekażę wam w kolejnej części tego tekstu. Tymczasem Wy dajcie znać co myślicie o dzisiejszej notce oraz przedstawiajcie swoje obserwacje w komentarzach oraz na facebooku.


Spodobało się? Przeczytaj drugą oraz trzecią część tego felietonu!

5 komentarzy:

  1. A.Giza feat. Bisz : https://fbcdn-sphotos-h-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpa1/t1.0-9/p526x296/10308734_696902963710653_5129884640816822417_n.jpg

    OdpowiedzUsuń
  2. Widziałem, ukaże się w kolejnym odcinku to zdjęcie gdy będę omawiał polską scenę ;).

    OdpowiedzUsuń
  3. gratuluję - wszystko w punkt:) cieszę się, ze ktoś podziela moją opinię:) I dlatego na naszym festiwalu stand up w Warszawie w jury i na scenie obok czołówki stand up-u będzie Bisz :) zapraszam i polecam - więcej informacji: https://www.facebook.com/events/364604337026369/

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak, o tym też wspomnę ;). Dzięki za ciepłe słowo.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo fajny pomysł nad tekst i porządne wykonanie.

    OdpowiedzUsuń

 
Blogger Templates