Ads 468x60px

niedziela, 24 sierpnia 2014

Hip-hop i Stand-up w jednym stali domu - część 2

Wróćmy do dyskusji na temat podobieństwa Rapu oraz Stand-Up Comedy. Poprzednią część zakończyłem, konstatując jak ważne są w tych gatunkach emocje i oryginalność. Mimo wszystko, jest jedna cecha, która - w skrajnych przypadkach - potrafi przyćmić te dwie wyżej wspomniane, co wcale nie oznacza, że nie mogą one ze sobą znakomicie współgrać. Chodzi mi o rzecz banalną, wyświechtaną i obecnie chyba rzadko braną na poważnie, a mianowicie autentyczność.


Wszystkie postacie, o których wspomniałem ostatnim razem, łączy wiarygodność. Nie dajmy się jednak zwariować, gdyż naturalnie można założyć od czasu do czasu pewnego rodzaju maskę (bynajmniej nie taką jak KaeN). Nikt nie liczy na prawdziwość opowiadanych historii, również image jest rzeczą normalną, a czasami nawet bardzo przydatną. Doskonale wiadomo, że Louis C.K. tak naprawdę kocha swoje dzieci, Jim Jefferies nie napluje ci w ryj na dzień dobry, a Jimmy Carr nie zgwałci twojej martwej babci na oczach jej córki. Eminem także nigdy nikogo nie zabił piłą mechaniczną (choć być może chciałby), Rick Ross nie jest baronem narkotykowym (chociaż na pewno chciałby), a Pitbull nie jest heteroseksualny... To są pewne elementy, które wynikają z charakteru artysty, jego poczucia humoru lub estetyki i dlatego są wiarygodne. Natomiast są one celowo wyolbrzymione i upiększane po to, by wywołać większe wrażenie na odbiorcy i/lub zmusić go do myślenia. Czasami nieco fałszuje się rzeczywistość, by oddać ją w sposób jeszcze bliższy prawdzie. Ten paradoks wykorzystywali na przykład naturaliści.


W mojej opinii to właśnie autentyczność zapewnia odpowiedni przepływ emocji. Śmierć chomika, o której wspomniał ironicznie Mes, może być w rzeczywistości bardzo przejmująca dla widza. To przede wszystkim kwestia tego, jak ważne było dla ciebie to zwierzątko, oraz jak dobrze potrafisz opisać uczucia po jego utracie. Utwory miłosne wydają się ludziom pójściem na łatwiznę, nic bardziej mylnego. Próba opisania czegoś tak nieuchwytnego prostymi słowami bardzo często kończy się katastrofą. Zwłaszcza że ludzie znają to uczucie, w końcu towarzyszy im praktycznie od urodzenia. Zauważą każdy fałsz i każdą niekonsekwencję. Podobnie jest z humorem, ważniejsze od tematu dowcipu są emocje jakie on wyzwala, a jeżeli potrafisz go okiełznać, jesteś mistrzem. Oddałbym te wszystkie lata prowadzenia bloga (oraz wersy Ostrego), za posiadanie tej bezcennej umiejętności.

Warto również zaznaczyć, że autentyczność to nie "codzienność". Patton Oswalt, znakomity komik określany mianem alternatywnego, powiedział, że korzystanie z "życiowych" tematów, takich jak relacje damsko-męskie, kościół, rasizm itp. jest wręcz oszukiwaniem (hacking). Rzeczywiście są to tematy-samograje, które trudno zepsuć, bo opierają się na wartościach, które przez ich powszechność bawią niemalże każdego. Korzystając z ogranych tematów (w hip-hopie jest to szczególnie widoczne), być może staniemy się popularni, ale raczej nie w tym kręgu, na którym mogłoby nam zależeć. Poza tym popularność nie jest synonimem szacunku. Ludzie łykają takie tematy jak młode pelikany: w stand-upie mówi się w tym kontekście o cheap laughs, czyli tanim śmiechu (temat ten rozwinę przy innej okazji), a w rapie o zwykłym populizmie. Każdy lubi czasem posłuchać utworu o imprezach i panienkach, ale skoczyłbym z mostu w betonowych butach, jeżeli ktoś zmusiłby mnie do przesłuchania kilku płyt pod rząd, w całości poświęconych tej tematyce.

Nie wolno jednak zapomnieć, że autentyczność nie jest wszystkim. Słyszeliśmy wielu raperów, którzy nawijają o rzeczach, które faktycznie są im bliskie. Tylko co z tego, skoro nie potrafią wydukać poprawnie dwóch zdań? Tutaj mamy kolejny punkt wspólny łączący bohaterów dzisiejszej notki - forma.

Jeden z największych komików wszech czasów, George Carlin, uważał, że delivery należy traktować jak muzykę. W wywiadach zwracał on uwagę na rytmikę wypowiadanych słów, tempo monologu oraz umiejętne rozłożenie punchline'ów, które moglibyśmy porównać tutaj do uderzenia werbla. Oczywiście każdy ma (albo przynajmniej powinien mieć) swoją metodę na zaprezentowanie dowcipów, niemniej zawsze dobrze jest znać podstawy konstrukcji żartu. Zwróciliście uwagę, że najlepsze puenty w utworach hip-hopowych zazwyczaj są pisane "na drugi wers"? Nie bierze się to znikąd. Najpierw usypiasz czujność słuchacza, a następnie go zaskakujesz dobrą puentą. To ten sam mechanizm, który możemy zauważyć w horrorach, jedyną różnicą jest efekt końcowy - przerażenie zamiast śmiechu. Mówi się zresztą, że "wyczucie czasu jest wszystkim".

Kolejna postawiona przeze mnie teza jest czysto subiektywna i nie wszyscy się z nią zgodzą (i nie muszą, przecież nie pozjadałem wszystkich rozumów). Osobiście uważam, że tak jak każdy raper musi pisać swoje teksty, tak każdy stand-upper powinien sam tworzyć swoje materiały. Dlatego Cezary Pazura czy też Rafał Rutkowski nie należą, według mnie, do przedstawicieli stand-upowego świata, przynajmniej nie w stu procentach. Rzeczą zrozumiałą jest pisanie monologowych dowcipów np. dla gospodarzy talk-show, takich jak Jimmy Fallon czy Conan O'Brien. Ich programy są nadawane codziennie, idą za tym ogromne pieniądze, nikt nie może sobie pozwolić na słabszy moment, ponieważ widz z pilotem w ręku potrafi być bezwzględny. Swoją drogą, naprawdę wielu znakomitych komików zaczynało pisząc żarty do tego typu programów.

Conan O'Brien ze swoją starą ekipą. Nazwiska mówią same za siebie.

Jestem w stanie zrozumieć również podarowanie komuś żartu. Wymiana, przyjacielski gest - sama Sarah Silverman użyła tekstu swojej przyjaciółki, gdyż pasował do niej idealnie, ale do rzeczywistej autorki już niekoniecznie. Tak więc, dlaczego dobry dowcip miałby pójść na marne? Co więcej, Sarah, opowiadając go, brzmi absolutnie wiarygodnie. Dość powiedzieć, że jest to jeden z tych żartów, które definiują karierę:

A couple nights ago, I was licking jelly off my boyfriend's penis. And I thought, "Oh my God — I'm turning into my mother!"

Natomiast kradzież... Doskonale wiemy, że ta nie jest mile widziana. To również zjawisko tak rozległe, że mógłbym stworzyć osobną notkę na ten temat. Wielkie oburzenie w środowisku hip-hopowym wywołała zwrotka Małolata, której duża część była złożona z cytatów zaczerpniętych od znanego pisarza, Waldemara Łysiaka. Trudno określić czy granica follow-upowania, na ogół ciepło przyjmowanego przez słuchaczy, nie została przekroczona. Mimo wszystko, powstrzymałbym się od nazywania Małolata złodziejem, w przeciwieństwie do popularnego niegdyś producenta, Hensona, którego kariera legła w gruzach gdy wydało się, że kopiował podkłady zza oceanu, a następnie podpisywał się pod nimi swoją ksywą.  Jeszcze większym, bo międzynarodowym skandalem było podkradanie dowcipów przez szalenie popularnego komika, Carlosa Mencię. Joe Rogan skonfrontował się z nim podczas jego występu, by powiedzieć co myśli na ten temat. Echa tej potyczki słychać do dzisiaj, a całe wydarzenie niemal pogrzebało karierę Carlosa, który do tej pory nie powrócił na szczyt, na którym się kiedyś znajdował.



Również bardziej szanowanym komikom zdarzyło się przywłaszczyć żart. O Robinie Williamsie (tak, TYM Robinie Williamsie) krążył nawet dowcip w środowisku samych stand-upperów:

Robin Williams poszedł na Open-Mica. Żaden z występów mu się nie spodobał, więc ukradł zegarek.

Jak już wspomniałem, temat ten jest niesamowicie złożony i nie tak oczywisty, jak mogłoby się wydawać. Pamiętajcie, że nic nie jest czarno-białe, dlatego ferowanie wyroków na podstawie filmików z internetu nie zawsze jest dobrym pomysłem. Ale może o tym szerzej opowiem innym razem. Zanim jednak to się stanie, pojawi się trzecia, ostatnia część zestawiająca rap i komedię na stojaka. Do następnego razu.

Spodobało się? Przeczytaj pierwszą i trzecią część tego felietonu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
Blogger Templates