Ads 468x60px

wtorek, 20 stycznia 2015

"Zapomnijmy w końcu o Carlinie!" - wywiad z Comedy Lab


17 stycznia w Łodzi odbył się finał pierwszej edycji Polskiej Ligi Stand-Upu. Impreza została zorganizowana z zadziwiającym rozmachem w kilku większych miastach z całej Polski. Mnie, entuzjastę gatunku, fakt ten może jedynie cieszyć. Mam dzisiaj dla was coś specjalnego - wywiad z trójką uczestników wspomnianej ligi, komikami współtworzącymi krakowską grupę Comedy Lab - Laboratorium Komedii. Wojtek Pięta dotarł do półfinału turnieju, a Ola Szczęśniak i Michał Leja wspięli się nawet na podium, zajmując kolejno trzecie i drugie miejsce. Rozmowa, którą przeprowadziłem w pewien mroźny wieczór w Gdańsku, jest wyjątkowo długa. Rozmówcy okazali się na tyle sympatyczni i interesujący, że nawet nie zauważyłem jak minęła godzina od zadania pierwszego pytania. Przygotujcie się zatem na kobyłę, tekst jest rzeczywiście długi, ale wierzę, że naprawdę warto poświęcić mu kilka chwil, zwłaszcza że udało nam się poruszyć kilka drażliwych tematów, których w wywiadach raczej się unika. Miłej lektury.

Graliście dziś w większości nowe materiały, prawda?

Wojtek Pięta: Miałem tylko jeden stary żart.

Zatem jak je trenujecie? Niektórzy chodzą na przykład na open-mic, ale wy występujecie nieco częściej, więc pewnie trudniej wam o krótkie, anonimowe występy.

Michał Leja: Co drugi piątek mamy Comedy Lab w Krakowie, wtedy sprawdzamy materiał. Nie mam w zwyczaju, jak Olka, testować go na swoich występach, bo chcę na nich pokazać wszystko, co mam najlepsze. Dziś akurat sobie przetestowałem "krupnik".

Ola testowała żurek w tutejszym barze.

Michał: (śmiech) Wiedziałem, że jak mi ten "krupnik" nie siądzie, to nie zepsuje mi całego występu, bo dalej mam petardy.

Ola Szczęśniak: Dzisiaj niczego nie testowałam, ale miałam tekst, który powiedziałam tylko trzy razy w życiu. Za każdym razem siadł, więc teraz też go użyłam. Nie chcę opowiadać starych dowcipów, bardziej mi się podobają te nowe. Czasami faktycznie testuję żarty na pełnych występach, ale maksymalnie dwa, trzy na dwadzieścia minut.

Wojtek: Nie ma w tym nic złego, ale uważam, że nawet jak ktoś już jest fejmem i codziennie występuje dla 500 osób, to powinien wciąż chodzić na otwarte mikrofony. Bo open-mic jest treningiem osobowości, jak ci nic na nim nie wyjdzie, to jesteś całkowicie zgaszony, dostajesz taki strzał w mordę. I o to czasem chodzi.

Ola Szczęśniak
Jest też taka kwestia, że gdy ludzie przychodzą na was, mają od razu lepsze nastawienie, niż w przypadku, gdy jesteście na open-micu, będąc pewnego rodzaju bonusem.

Michał: Chciałbym wierzyć, że ktoś przychodzi na występ, z założeniem: "O, Michał Leja! To pójdę na niego!". To są raczej pojedyncze przypadki. Zazwyczaj ktoś idzie na występ, "bo stand-up", a nie "bo Michał Leja".

Ola: Dlatego dobrze jest sprawdzać nowe teksty na pełnych występach. W innych miastach nas nie znają, nie łykają wszystkiego tylko dlatego, że nas lubią. W Krakowie publika nas zna i lubi. To już raczej nasi znajomi, bo od dłuższego czasu chodzą na nasze występy. Nawet gdy zdarzy się jakiś słabszy wieczór, mówią: "nie no, fajnie było!".

Michał: Powiedzą to, ale śmiechem tego nie wyrażą.

Przecież istnieją takie żarty, które nie wywołują gromkiego śmiechu. Mam tak na przykład z polskim stand-upem, że raczej uśmiechnę się pod nosem i je docenię, ale nie ma mowy o rechocie na głos. Śmieję się wewnętrznie.

Michał: Jasne. Ja mam tak prawie na każdym występie. Nie śmieję, ale zauważam "o, ale fajny żart!", doceniam go w środku.

Szczególnie, gdy jest fajnie skonstruowany...

Michał: Tak. Jako twórcy jesteśmy skazani na to, że już nie patrzymy na występy jak zwykli widzowie. Nie relaksujemy się, nie delektujemy.

A jaki jest dla was ideał komika? Wiem, że Leja jest fanem Louisa C.K....
(Michałowi świecą kurwiki w oczach, i przyklaskuje, mówiąc: tak, tak!)
... ja również go uważam za mistrza. I przyznam, że widzę w tobie pewne inspiracje Louisem. Te szczegóły, których nikt nie dostrzeże, bo nie chodzi o samą tematykę lub kopiowanie żartów, a raczej o to, co się dzieje pomiędzy nimi. Sposób mówienia, atmosfera, jaka się wytwarza podczas monologu.

Michał: Jest tak jak mówisz, przyznaję się. Potrafię oglądać Louisa non-stop i przypominać sobie jego żarty.

Michał Leja

Rozumiem, że "Louie" i "Lucky Louie" znasz na pamięć?

Michał: "Lucky Louie" mnie nie przekonał. Wolę zwykłego "Louie'ego”. Lecz jeżeli chodzi o jego stand-up, chłonę wszystko. Moim zdaniem to jest niekwestionowany mistrz, również przez samo podejście do stand-upu. Na przykład testuje swoje materiały w podrzędnych klubach, gdzie z sufitu cieknie mu woda... Celowo idzie do gównianego miejsca, wiedząc, że jeżeli tam jego materiał się sprawdzi, to już sprawdzi się wszędzie.

Wojtek: To ciekawa kwestia, bo zauważyłeś, że Michał inspiruje się Louisem C.K....

U ciebie ewidentnie widzę Carlosa Mencię...

Michał: Carrot Topa...

Wojtek: (śmiech) ...ale warto wspomnieć, że są komicy, których się ceni, nie będąc jednocześnie taką osobą na scenie. Mi wciąż jest ciężko zdefiniować jaki jestem, jaki powinienem być, lub nawet jaki chciałbym być, ponieważ wciąż się rozwijam. Co do moich ulubionych komików - nic oryginalnego nie powiem. Zaczęło się od Dave'a Chapelle'a, który pokazał mi jak bardzo można być śmiesznym, później Jerry Seinfeld pokazał jak dobrze można skonstruować materiał, a Jim Jefferies po prostu wywarł na mnie ogromne wrażenie. Co nie oznacza, że byłbym w stanie robić to tak, jak oni.

A jak jest z tobą, Olu?

Ola: Nie mam jednej ulubionej osoby, na której bym się wzorowała. Podoba mi się Whitney Cummings, jej sposób wyrażania; gdy ona mówi, wszyscy jej słuchają. Jest mega donośna, zajmuje widza swoją osobą. Chociaż nie do końca odpowiadają mi jej teksty, bo są głównie stereotypowe. Imponują mi natomiast teksty Ellen DeGeneres, szczególnie jej pierwszy materiał. Jeżeli chodzi o facetów, to strasznie mi się ostatnio podoba Chris D’Elia - fajna, wyrazista postać sceniczna. A zaczynałam standardowo, od Eddiego Murphy'ego, Williamsa. Przechodziłam też fascynację Jeselnikiem itd.

Amy Schumer?

Dla mnie Amy Schumer jest trochę kopią Sary Silverman.

Naprawdę? Ja kocham Amy. Michał pisał na fejsbuku, że na roaście Charlie'ego Sheena nie może obejrzeć do końca jej dowcipu o Ryanie Dunnie z „Jackassów”. 

Michał: Tak, o Jezu...

Ja uwielbiam ten dowcip, bo wszyscy w jednej chwili milczą i myślą: "Ja pierdolę, czy ona właśnie to powiedziała?". Niesamowity moment.

Michał: Ja tego nawet nie odbieram jako żart, to było po prostu dziwne. Gdy oglądałem ten roast drugi czy trzeci raz, to centralnie przewinąłem ten fragment, bo byłem nim zestresowany. A co do Amy Schumer - dlatego przetłumaczyłem jej wejście, żeby pokazać, że w ogóle ktoś taki istnieje. Według mnie jest świetna.

Jej zakończenie materiału "Cutting" jest jednym z najlepszych dowcipów, jakie w życiu słyszałem. Stoi na scenie i mówi: "Nie bardzo wiem jak wam to powiedzieć, ale moja siostra się tnie...". I schodzi ze sceny. Wszyscy myślą: "What the fuck?! Zaraz tu wróci i dokończy!". Wcale nie, to koniec materiału, nie ma nawet żadnego bisu. Ona idzie do organizatora, zabiera hajs i jedzie do domu.

Michał: Ale ona ma w sobie dużo ze swojego chłopaka, Jeselnika.

Jak mówił Korwin, poglądy mężczyzn przechodzą przez nasienie na partnerki, to pewnie dlatego (śmiech). Skoro już jesteśmy przy hardkorach - dostaliście kiedyś w mordę za swoje teksty? Bo wiem, że takie sytuacje już się zdarzały, nawet w Polsce.

Michał: Ja jeszcze nie, a chciałbym...

Ola: ...ja też nie. Ale bym nie chciała. (śmiech)

Michał chciałby być jak Jim Jefferies, który dostał w pysk i od razu spieprzył za kurtynę?

Michał: (śmiech) No jak cipa troszeczkę. Ale chciałbym dostać kiedyś w ryj, bo to jest coś, o co naprawdę warto walczyć.

Twój materiał wzbudza takie emocje, że ktoś czuje, że aż musi coś z tym zrobić?

Michał: Tak, miałbym satysfakcję. Różne głupie rzeczy się w życiu robiło, ale tego bym głupim nie nazwał.

Dobrze, skoro już jesteśmy przy żenujących sytuacjach - bombing. Chyba zgodzicie się, że to jedna z najważniejszych lekcji w życiu komika. Jaki był wasz najgorszy występ?

Ola: Antrakt Festiwal. Wyszłam po Rafale Paczesiu, a on tak rozpierdala energią na scenie, że ciężko go przebić. Nawet tak dobry komik jak Lotek, który wygrał Antrakt Festiwal (a ostatnio Polską Ligę Stand-Upu - przyp. Northim), mówił, że jak kiedyś wyszedł po Rafale na scenę, to przez 10 minut odzyskiwał publiczność. A na Antrakcie był taki problem, że w ogóle miałam tylko 10 minut (śmiech). No i nie zdążyłam odzyskać publiki.

Wojtek: Mój największy bombing miał miejsce podczas mojego pierwszego występu w życiu. Dowiedziałem się od kolegi z grupy improwizacyjnej Ad Hoc, Alana, że jest w Krakowie możliwość wyjścia na chwilę na scenę, po kabaretach.

Po kabaretach...

Wojtek: Tak, idealne miejsce (śmiech). Pomijam fakt, że na takiej imprezie samo wychodzenie z jakąś tęgą rozkminą sprawia, że jest się na straconej pozycji. Zwłaszcza gdy zapowiadają cię, mówiąc: "Aaa jeszcze jakiś koleś chce spróbować". Więc pierwszy raz przed publiczność wyszedłem po Ad Hocach, którzy dali zajebisty występ. Po minucie usłyszałem od publiczności "Giiiiń!" (śmiech). To jest zapożyczone z improwizacji, akurat grali wcześniej w taką grę. Powiedziałem wtedy coś w miarę zabawnego, więc ludzie się zaśmiali i mogłem kontynuować materiał, który dalej już nikogo nie śmieszył. Po kolejnej minucie znów kilka osób zaczęło krzyczeć: "Giiiiń! Giiiń!". Wtedy oddałem mikrofon i zszedłem ze sceny.

Wojtek Pięta
Michał: Ja nie pamiętam mojego bombingu...

Jesteś taki zajebisty, że nigdy nie bombisz?

Michał: Wręcz przeciwnie, tylko zapominam. Bywa słabo z nowymi materiałami na Comedy Lab. Zazwyczaj piszę 10 minut materiału, a z tego 7,5 jest zupełnie gównianych.

Ale to powiedzenie siedmiu gównianych minut jest cholernie potrzebne.

Michał: Dlatego to robię. Zawsze jakieś dobre dwie minuty zostaną. A z ogólnych sytuacji bombingowych - przede wszystkim początki, gdy mówiłem żarty o Annie Grodzkiej, bo myślałem, że będzie bardzo śmiesznie. Nie wiedziałem wtedy, że nie warto robić żartów z osoby, która sama w sobie jest żartem. Wtedy jakiś gościu stał na balkonie i krzyczał: "Eeeeej... Stop, stop, sorry, sorry!" i zrobił tak kilka razy. To był mój drugi czy trzeci występ więc speniałem. Spytałem zdenerwowany: "ale o co ci chodzi?! Czemu mi przerywasz :( ?". Przynajmniej publiczność była za mną, biła mi brawo dla otuchy, ale i tak strasznie dziwnie wtedy się czułem.

Chyba wszyscy się zgodzimy, że obecnie jest tendencja zwyżkowa, jeżeli chodzi o poziom polskiego stand-upu, choć wciąż daleko do ideału. Czego, według was, potrzebuje ta scena - mam na myśli zarówno ze strony komików, jak i publiki, mediów - żeby wszystko szło w dobrym kierunku?

Michał: Trudne pytanie.

Wojtek: Ja ostatnio zacząłem realizować swój kanał na youtube'ie...

Jak się nazywa?

Wojtek: Pięta. (śmiech)

Wojtek Pięta (fot. ekabaret.pl)
Oryginalnie. Ktoś szuka informacji o Achillesie, a tu trafiają na jakiegoś gościa, który opowiada dowcipasy.

Wojtek: To jest web show, próbuję go uczynić jak najbardziej przystępnym dla szerszej publiki. Na scenę zostawiam to, co chcę najbardziej powiedzieć. Chcę zrobić jeszcze drugi kanał, gdzie mówiłbym o zapleczu, technice, o tym jak żarty powstają. Filmiki docierają raczej do młodszych odbiorców. Uważam, że właśnie tym ludziom wypadałoby mówić, czym jest stand-up. Poza tym ostatnio wielu stand-uperów czuje przesyt konkursami, wiele osób mówi, że ma dość kotłowania się między sobą na różnych ligach, bitwach czy festiwalach. Ja uważam, że powinniśmy razem wychodzić gdzieś dalej, poza stand-up. Internet, kanały na youtube, taki Adam Bendler (siedzi obok nas – przyp. Northim) to idealny przykład kolesia, który zrobił muzykę, czyli coś zupełnie innego od stand-upu, a jednocześnie może przyciągnąć tym ludzi na występy. Później przyjdą na występ, na którym Bendler występuje z Piętą, tym samym fani jego piosenki przyjdą na mnie.

Ola: Ja uważam, że nie powinniśmy iść w stereotypy, żeby jakoś zaznaczyć różnicę od kabaretów. Dużo osób porusza wyświechtane tematy. I niby to jest stand-up, ale zahacza o coś strasznie płytkiego, mimo że to zawsze bawi publikę. Należy się odgrodzić od tych pierwszych, najłatwiejszych myśli, które wpadają do głowy, porzucić je na rzecz czegoś świeżego.

Myślę, że jesteście dość surowi wobec stand-uperów, podczas gdy zmiana powinna iść również ze strony publiki i mediów. O ile stand-uperzy wiedzą mniej więcej, co w trawie piszczy, to już widzowie niekoniecznie. Wychowują się oni na polskim stand-upie, który jest po trosze kopią amerykańskiego, po trosze kabaretów. W ten sposób publika się nie uczy. W przyszłości będą chodzić na przaśnych, łatwo przyswajalnych komików, zamiast na coś bardziej ambitnego.

Ola: Tak, ale nie mamy przecież wpływu na inteligencję ludzi, możemy tylko zdobyć swoje grono odbiorców.

Ale ponarzekać przecież można! (śmiech)

Wojtek: Obarczamy winą stand-uperów, mówimy o publiczności, o mediach... Ale organizatorzy! To także od nich zależy jaka będzie publiczność oraz jak będzie wyglądać współpraca z mediami.

Ola: I powinna być woda. Za darmo.

Wojtek: Tak, tak. Żeby nie trzeba było mówić barmanowi: "A to chociaż daj szklankę, to sobie z łazienki naleję". Nie chcę zrzucać całej winy na organizatorów, ale różni ludzie organizują imprezy. W jednym mieście jakoś to hula, w innym jest słabo. Plusem takiej Polskiej Ligi Stand-upu jest integracja. Ludzie z całej Polski przyjeżdżają, rozmawiają na ten temat i wymieniają doświadczeniami, to jest super. Rodzi się współpraca. Uważam, że ci, którzy w swoim mieście rozkręcili scenę, powinni wspierać - choćby dobrą radą - tych, którzy mają problemy z frekwencją na imprezach u siebie.

Ola: W ten sposób tworzy się sieć różnych knajp w całej Polsce. Nie będzie dzięki temu sytuacji, że gramy w kółko w jednym mieście, albo wynagrodzenie w innym jest na tyle niskie, że ledwo się nam zwraca za podróż, bo jest słaba organizacja, kiepska reklama i niska frekwencja na występach.

Michał Leja
Ludzie wciąż patrzą na stand-uperów po macoszemu. Wychodzą z założenia, że jacyś chłopcy sobie występują, śpiewają, jest ładnie. A jak ktoś przypadkiem trafi w tym czasie do knajpy, to kupi parę piw i mimochodem posłucha.

Michał: Raz miałem sytuację, że mnie ochroniarz nie chciał wpuścić do lokalu, w którym przed chwilą występowałem. To dla mnie było strasznie krzywdzące; dopiero co byłem na scenie, zabawiałem ludzi, po czym wyszedłem na moment na zewnątrz, chcę wrócić, i muszę nawet, kurwa, zapłacić dychę. Nie mówię, że ta dycha to dla mnie coś strasznego, ale...

...sam fakt jest jak liść w twarz...

Michał: Tak... Podobne sytuacje mają miejsce u innych organizatorów. Na przykład w pewnym mieście – pominę nazwę – przychodzę do klubu, gdzie gościu na mnie popatrzył i powiedział: "Pff... myślałem, że to będzie inaczej wyglądać". Odwrócił się i poszedł. Kurwa, co to miało znaczyć?! Dał nam w końcu z wielką łaską salę i półtorej godziny. Raz zdarzyło się tak, że nawet barmanka nie wiedziała, że mamy występować w pewnym klubie. Przecież nie musimy być Abelardem Gizą, żeby traktowano nas jak ludzi. Czekam na tę chwilę, kiedy za pięć lat będziemy dalej. Oni zapomną o nas, ale my zapamiętamy ich.

W takim razie dwa ostatnie pytania, tak żeby nie przeciągać. Pierwsze już wam dzisiaj zadałem off the records, ale myślę, że fajnie jest pogadać o tym także teraz, by nieco wypromować słuszną ideę. Jak się czujecie po oficjalnym zdelegalizowaniu waszej działalności?

Ola: Gdyby ten fanpage polubiło więcej osób, byłaby to świetna strona do promocji, być może wbrew intencjom założyciela.

Michał: Ja miałbym z tym luz, nawet gdyby ta strona miała 15 tys. fanów, to nie przyczepiałbym się do jej istnienia. Ludzie mają prawo nie chcieć stand-upu. Są ludzie, których stand-up nie rusza. Wolą pójść na kabarety i się na nich pośmiać. A są też ludzie, którzy nie lubią ani kabaretów ani stand-upu, preferując filmy Charlie'ego Chaplina. To jest ich sprawa.

Naprawdę myślisz, że to nie jest troll?

Michał: To jest troll, widać to od razu. Ale nie hejtujmy ludzi, którzy hejtują nas, bo mają do tego prawo.

To prawda. Hejtujmy ich matki.

Michał: (śmiech)... po prostu niech na nas nie przychodzą, a po obejrzanym występie niech nie piszą "oglądałem 2 sekundy, chujowe".

Wojtek: Ja jestem w 100% za takim profilem, bo nigdy, ale to nigdy nie przejmę się opinią kogoś, kto nienawidzi danej osobę na tyle, by systematycznie uczęszczać na profil poświęcony tej nienawiści. Jak można przejmować się kimś, kto celowo ogląda rzeczy, których nie lubi?

Jest w tym pewnego rodzaju satysfakcja, prowadząca do uzależnienia. Też mam ten problem, mam zalajkowany profil "Zdelegalizować polskie kabarety".

Michał: Ja też.

A przecież nienawidzę kabaretów! Wiadomo, że jest kilka takich, które warto propsować. ale ja oglądam te chujowe i wkurwiam się. I oglądam dalej, tyle że przez palce. Pauzuję. Nie mogę dojść do siebie z poczucia zażenowania, wkurwiam się, ale oglądam dalej. Nie wiem dlaczego, może po prostu jestem popierdolony. Chyba odczuwam potrzebę wkurwiania się na to, co mi się nie podoba na tym świecie. 

Michał: Masz do tego prawo. Każdy ma do tego prawo.

Wojtek: Więc delegalizujmy polski stand-up.

To teraz takie banalne pytanie związane z waszą przyszłością. Gdzie widzicie siebie za pięć lat? Co macie w planach?

Michał: Na tę chwilę liczę na to, że jak za kilka lat pojadę do takiego Gorzowa, to na całkowicie mój występ przyjdzie 60-100 osób. Chciałbym móc z tego żyć... bo nie chcę do pracy (śmiech). Chcę, by ludzie przychodzili specjalnie na mnie, a ja co roku mógł prezentować im nowy materiał.

Wojtek: Za pięć lat przede wszystkim chciałbym dalej być gościem, który ma zapał by dłubać i dłubać przy nowych materiałach. I chciałbym żeby ten stand-up za parę lat jakoś się ukierunkował. My jesteśmy którąś z kolei falą. Jakkolwiek określić - trzecia...

Trzecia? Kurwa, gdzie są dwie pierwsze? (śmiech)

Michał: Trzy osoby nie mogą tworzyć fali.

Ola: Pierwsza falą jest Stand-up Bez Cenzury i Stand-up Polska.

Wy także.

Ola: Tak, ale pod względem rozpoznawalności, to niekoniecznie.

Tak, też się zakochałem.
Oj, uważam, że chłopakom ze Stand-Up Polska bycie znanym jeszcze nie grozi. Z całym szacunkiem dla nich.

Wojtek: W każdym razie jest ta satysfakcja, że jesteśmy jednymi z pierwszych. Mam nadzieję, że ludzie dostrzegają, że jest to jakaś presja. Może niektórzy tego nie widzą, ale po nas przyjdzie masa ludzi. To, jaki obraz stand-upu w Polsce stworzymy, pozostanie na długie lata. Może się zdarzyć tak, że za parę lat pojawi się jakiś młody open-miker i będzie lepszy od nas wszystkich, bo się na tym wychowa. Fajnie by było, jakby pamiętano, że ktoś przed nim jeszcze był. Żeby wszyscy wiedzieli, że ktoś na to pracował.

To jest piękne. Chcecie coś powiedzieć na koniec czytelnikom, których nie mam?

Van Bendler: Czytajcie...

Michał: Nowy głos się pojawił (śmiech). Ode mnie tak: Ludzie, zapomnijcie troszkę o George'u Carlinie.

Oj, stary, trafiłeś w sedno. Komicy, których wymienia każdy: Bill Hicks i George Carlin. Bo nikogo innego nikt nie zna. Również ich uwielbiam, ale ile można! „Polski stand-up chujowy, bo George Carlin”.

Michał: I „kiedy przyjedzie w końcu do Polski?”. Bill i George byli przełomowi dla stand-upu, ale nie bójmy się przyznać, że istnieją obecnie zabawniejsi komicy. Tacy, którzy mają więcej mocnych puent i również są przy tym mądrzy.

Ola: To tak jakby teraz oceniać sztukę współczesną w malarstwie i mówić: "No... Michał Anioł to, to nie jest". Tylko ludzie nawet tych twórców nie znają, ledwo kojarzą nazwisko.

Michał: Ciekawe jest to, że ludzie, którzy tyle mówią o Hicksie - bo pooglądali "Relentless" i usłyszeli "It's just a ride" - nawet nie chcą widzieć Billa Hicksa, który był w naszym wieku lub nawet trochę starszy, Mówił wtedy o swoich rodzicach, o wywiadówkach... Nikt nie chce oglądać Hicksa parodiującego Elvisa Presleya, nie będzie pasował do ich wyobrażenia.

To tak jakby myśleć, że Louis C.K. urodził się mając 40 lat i zaczął od razu od "Hilarious" lub "Shameless".

Michał: Dokładnie! Przecież Carlin mając 56 lat mówił zwykłe spostrzeżenia o kotach. Ja mam 23 lata, dopiero dojrzewam! Louis podczas ceremonii pożegnalnej Carlina, wspominał jego słowa: "Ok, gdy skończą ci się żarty o kotach i samolotach, to co jest dalej?". Nie możesz wejść głębiej, jeżeli nie wyszalałeś się jeszcze z młodzieńczych spostrzeżeń.

Piękną rzecz powiedział Eddie Murphy. Mówił, że na początku opowiadał jedynie żarty o gównie, bo właściwie tyle wiedział o życiu.

Michał: Właśnie. I nawet gdybym znał się na polityce to, mówiąc o niej, nie byłbym przekonujący tak jak stary, siwy Carlin, który już coś przeżył i swoje wie. Dlatego zapomnijmy nieco o George'u Carlinie i Billu Hicksie, a pamiętajmy o innych.

To były długie słowa pożegnania dla słuchaczy. A co od was?

Ola: Peace & Laugh.

Pięknie. Wojtek?

Wojtek: (zastanawia się) Chyba tyle. Nie wiem. Czytajcie, śmiejcie się...

To była najgorsza puenta ever. I mówię to po obejrzeniu twojego stand-upu (śmiech). Dzięki serdeczne.

3 komentarze:

  1. Zajebiście mi się to czytało, nawet nie wiem kiedy te 15min przeleciało, dzięki bracie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja dziękuję za poświęcenie chwili na lekturę.

      Usuń

 
Blogger Templates