Ads 468x60px

czwartek, 1 stycznia 2015

Podsumowanie roku 2014 - poza muzyką

Przyznaję szczerze, że bałem się 2014 roku. Nie należę do przesądnych ludzi, ale z doświadczenia wiem, że lata parzyste są dla mnie cholernie pechowe. I tym razem było podobnie, przynajmniej w moim życiu prywatnym. Na szczęście okazało się, że im dalej, tym lepiej. Ta tendencja sprawia, że patrzę na nowy rok z niepasującym do mnie optymizmem. Inni również cieszą się na kolejne 365, jak co roku zresztą. Ale ja widzę wyraźnie. Pisząc te zdania o dziesiątej rano, nie mam zamglonego wzroku jak moi współbiesiadnicy umierający w pokoju obok. Zaś we mgle, jak powszechnie wiadomo, skrywać może się naprawdę wiele, a już na pewno to, co niespodziewane. Wiem, że to porażki i pechowe momenty są najbardziej interesujące, problem w tym, że nie są przy tym zbyt konstruktywne. Skupię się zatem wyłącznie na pozytywach roku ubiegłego.

Czytałem więcej książek

Zawsze narzekałem na brak czasu na czytanie. I narzekam dalej, choć już wiem, że nie ma czegoś takiego jak brak czasu, istnieje tylko jego zła organizacja. Ludzie lubią się usprawiedliwiać, ja nie jestem wyjątkiem. Na szczęście w 2014 roku udało mi się przeczytać kilka ciekawych pozycji, które chciałbym wam polecić. Pierwszy tytuł będzie nietypowy, Wszystko zależy od przyimka świętej trójcy polskiego językoznawstwa: Miodka, Bralczyka i Markowskiego. Książka idealna dla każuali, to jest ludzi, którzy interesują się polskim słowem, ale boją się sięgać po bardziej hermetyczną lekturę. Wszystko zależy od przyimka jest napisana przystępnie (w gruncie rzeczy jest to wywiad-rzeka, a te czyta się szybko), bez przynudzania gramatyką czy specjalistycznymi sformułowaniami. Same ciekawostki, interesujące fakty i obalanie językowych mitów - czego tu nie lubić? Druga książka, jaką wymienię, zawładnęła moją wyobraźnią na dobrych kilka dni. Co więcej, wzięła mnie z zaskoczenia, gdyż oczekiwałem po niej raczej przyjemnego romansidła. Chodzi mi, oczywiście, o słynne Śniadanie u Tiffany'ego znakomitego Trumana Capote'a. Filmu jeszcze nie widziałem, celowo sięgnąłem najpierw za książkę. Po zamknięciu ostatniej strony (no dobra, nie ostatniej, bo w wydaniu, które posiadałem, na końcu znajdywały się jeszcze trzy dodatkowe opowiadania), poczułem się jakby ktoś dał mi w pysk. Podszedłem do tej historii bardzo osobiście, okazała się naprawdę emocjonująca. Truman wielkim pisarzem był i basta.

Zabrałem się w końcu za komiksy

Superbohaterowie mnie raczej nie jarają, wolę sobie pooglądać ich przygody - nie bez przyjemności zresztą - w adaptacjach filmowych. Przyznam jednak, że kilka pozycji z mojej "kupki wstydu" w końcu udało mi się przeczytać. Szczególnie przypadły mi do gustu dwie serie od imprintu DC comics, Vertigo. Kultowy Sandman to lektura niezwykła. Tak niezwykła, że nie będę przybliżał wam samej historii. Uwierzcie mi tylko na słowo, że poznawanie jej na własną rękę to cudowne przeżycie. Zachęcony perspektywą przyszłej adaptacji filmowej, a co za tym idzie, podyktowany chęcią poznania materiału źródłowego przed ewentualną premierą, zacząłem czytać Kaznodzieję, który okazał się tak paskudny, jak to tylko możliwe. Nie jest to najbardziej wulgarny komiks jaki czytałem, ani też najbardziej brutalny. Jednak autor scenariusza potrafił wymieszać pozornie skromne składniki w taki sposób, że całość naprawdę nieźle piecze w gębę - polecam. Baśniami zainteresowałem się ze względu na tegoroczną komputerową adaptację od ekipy Telltale Games, odpowiedzialnej za m.in. przygody Sama i Maxa oraz genialną, grową wersję Żywych Trupów. Pokrótce: postacie z baśni i bajek zmuszone są uciec do realnego świata, by ukrywać się w nim pod ludzką postacią, tworząc społeczność tzw. baśniowców. Kolejne dwa tytuły wymienię bez zbędnego rozpisywania się - Bez komentarza oraz Szninkiel. Również warto, a biorąc pod uwagę, że - w przeciwieństwie do wyżej wymienionych - nie są to wielotomowe serie, łatwiej jest się zabrać do ich przeczytania.

Stand-up jest zajebisty

To jest moje naprawdę małe osiągnięcie, które mnie najbardziej cieszy. W końcu wróciłem na otwarte mikrofony. Przemogłem się, nauczyłem się znosić nieudane występy, co skutkuje większą ilością tych udanych. To wciąż jedynie krótkie seciki, przed którymi się stresuję jak dzisiejszy (a jednocześnie wczorajszy) kierowca zatrzymany przez policję, ale znów poczułem, że to kocham. Plan na ten rok - zebrać i wypróbować jak najwięcej krótkich materiałów na wolnych mikrofonach, sklecić z nich pełne 30 minut, a następnie wystąpić. Tak na poważnie. Ponadto szykuje się jedna mega fajna rzecz, niezwiązana bezpośrednio ze stand-upem, ale nie da się jej też zakwalifikować do żadnej z pozostałych kategorii. Jak będę wiedział więcej, napiszę specjalną notkę na ten temat.

Prywatnie

Udało mi się obronić licencjat, co mnie niezmiernie cieszy. Napisałem pracę o "boskim Markizie", ciekawa sprawa, której udało się mnie przeżuć i wypluć bez żalu. Teraz jestem na nowych studiach i w końcu czuję (przynajmniej w tej chwili), że trafiłem w dziesiątkę. Mimo że to jeden z tych "nieżyciowych" kierunków, jestem pewien, że prędzej czy później to będzie mój zawód. Dopiero po tylu latach zdałem sobie sprawę, jakie to przyjemne uczucie zwyczajnie chcieć iść na uczelnię, by dowiedzieć się nowych rzeczy. Wspaniałe. I między innymi tego życzę Wam w nowym, lepszym 2015 roku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
Blogger Templates