Ads 468x60px

niedziela, 15 lutego 2015

Recenzja: Louis C.K. - Live at the Comedy Store

Louis C.K jest moim absolutnym numerem jeden, jeżeli chodzi o scenę stand-upową. George Carlin - pewnie. Chris Rock - wiadomo. Bill Burr - oczywiście. Ale to Louie jest najlepszy. O niezwykłości tego komika przekonał mnie specjał "Hilarious" z 2010 roku, który - w mojej opinii - jest najlepszym materiałem komediowym, jaki w życiu widziałem. Nic dziwnego, że czekam z niecierpliwością na każdą nową rzecz od Szekely'ego, i chociaż utrzymuje on mordercze tempo pracy (speciale wydaje najpóźniej co dwa lata, dodajmy do tego serial "Louie" oraz występy w SNL i filmach), to wciąż mam ochotę na więcej. Zdobył tonę nagród, jako pierwszy komik w historii wyprzedał Madison Square Garden cztery razy pod rząd... a zapis swojego nowego programu zrealizował w ciasnym, przytulnym Comedy Store. I jak tu go nie lubić?

Na niniejszym albumie dostrzegam pewien paradoks: z jednej strony Louis dużo eksperymentuje, a z drugiej nie mogę się oprzeć wrażeniu, że sięga z nostalgią po abstrakcję znaną raczej z początków jego kariery. To najmniej intymny, najmniej autobiograficzny występ Louie'ego. Już dwa poprzednie programy, "Live at the Beacon Theatre" oraz "Oh My God", zwiastowały zmianę, tutaj zaś mamy jej apogeum. Sporo tutaj humoru opartego przede wszystkim na mimice, grze głosem i wcielaniu się w różne postacie. Louie nie przypomina już smutnego pana w średnim wieku, a raczej przeżywa drugą młodość. Wbrew pozorom, nie do końca mnie to cieszy, w końcu Louisa pokochałem za bezwstydny, depresyjny humor i leniwe delivery. Rozumiem jednak, że tego patentu nie można ogrywać zbyt długo - wkrótce stałby się wtórny i nudny. Artysta nie chciał do tego dopuścić, więc poszukuje. Często sięga po puenty, przy których w ogóle nie musi używać słów, wystarczy tylko gest (uduszony mikrofon już teraz stał się znakiem rozpoznawczym tego programu). 

Louie zdecydowanie chce się bawić na scenie. Przecież skoro już na niej jest od kilkudziesięciu lat, to nie musi się nudzić - stąd mamy irytujący, a jednocześnie przezabawny fragment, gdzie autor wciela się w niedopieszczoną panią domu, usiłującą uwieść wezwanego do domu fachowca. To ten rodzaj humoru, który śmieszy przez to, jak bardzo jest nieznośny i przeciągnięty. Jeżeli ktoś ceni sobie uczucie niezręczności, to tutaj znajdzie go pod dostatkiem. Z kolei dowcip o kopulujących szczurach przypomniał mi późnego Carlina, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że mało tutaj klasycznego Louie'ego. Niemniej wciąż pojawiają się perełki, spośród których najpiękniej błyszczą, rzecz jasna, bity (czyli fragmenty) o córkach komika i śmierci. Całość niespodziewanie zamyka dziwny, niesatysfakcjonujący closer o "Czarnoksiężniku z Oz". Bezsprzecznie zabawny, ale pozostawiający poczucie niedosytu. Tym samym jest uczciwym podsumowaniem wieczoru w Comedy Store.

Nowe materiały wypuszczane co rok nie zawsze muszą trafiać w mój gust, a przez ostatnie osiem lat Louie praktycznie nie zaliczył żadnej większej wpadki. Nie chcę więc, by ta recenzja brzmiała jak jedno wielkie narzekanie - w końcu to Louis C.K., on poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Zdecydowanie warto poświęcić pięć dolców na solidną dawkę śmiechu. Będzie jak znalazł na zaspokojenie pierwszego głodu, wywołanego oczekiwaniem na kolejny sezon jego hitowego serialu. 

OCENA: 6+/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
Blogger Templates