Ads 468x60px

poniedziałek, 23 marca 2015

Trochę wysiłku, publiko, czyli na stand-upie siedzi leń

Każdy chce robić teraz stand-up, chociaż nie każdy ma ku temu predyspozycje. Jestem ostatnią osobą, która powiedziałaby: "nie nadajesz się do tego, powinieneś sobie odpuścić", gdyż gorąco wierzę w to, że zawsze znajdzie się jakiś śmiałek, któremu nie będzie wychodziło przez parę lat, po czym nagle coś się w nim odblokuje i od tego momentu zacznie robić rzeczy znakomite. Częściej jednak spotykam się z osobami, którym na stand-upie nawet nie zależy, a już chciałyby go tworzyć. Stuprocentowa ignorancja, przekonanie, że bez choćby minimalnej wiedzy na temat tego gatunku, można sobie wyjść na scenę i po prostu "być stand-uperem". Ja - paradoksalnie - podchodzę do komedii cholernie poważnie; niektórzy powiedzą zapewne, że za bardzo. Nic na to nie poradzę. W końcu każdy z nas ma jakąś pasję, która jest po prostu "nasza", prawda?

Takie podejście do stand-upu zwyczajnie mnie drażni, tak jak zagorzałych kibiców irytują tzw. pikniki; tak samo fani jazzu zgrzytają zębami, gdy ktoś mówi, że najlepszym jazzmanem jest Kenny G, a kinoman głupieje, gdy próbuje się mu wmówić, że "Zielona mila" to najwybitniejsze osiągnięcie w historii kinematografii. To normalne. Odczuwamy najzwyklejszą w świecie zazdrość, ponieważ te zainteresowania, które najbardziej zawładnęły naszym życiem, nie są dla nas tylko zwykłym hobby, lecz pasją. A to nie tylko przyjemność, ale też sporo wysiłku i wyrzeczeń. Dlatego może część z was zrozumie, że otwiera mi się nóż w kieszeni, kiedy ktoś, kto nigdy nie słyszał o innym komiku niż George Carlin, i kto nie rozróżnia tezy od puenty, mówi: "fajne to, też muszę spróbować". Ja naprawdę trzymam kciuki za wszystkich chętnych i zawsze zachęcam do startowania na open-micach, ale boli mnie, gdy ktoś próbuje robić coś, na czym mi zależy, ze złych pobudek, przy okazji nie mając o tym najmniejszego pojęcia. Ba, często nawet nie chce się niczego dowiedzieć.


Dostrzegam pewien problem w naszej publice. Jestem przekonany, że większość widzów nawet nie próbuje sięgnąć po klasykę, nie chce orientować się w tym, co się dzieje za granicą. Nie znają języka, a jedyne materiały stand-upowe, jakie poznali, to pięciominutowe fragmenty z polskimi napisami na youtube'ie. Bo jeżeli coś nie ma polskich napisów to nie istnieje. Oczywiście nie każdy musi znać język, jestem jednak pewien, że lwia część wspomnianych przeze mnie ludzi kojarzy go na tyle, by przynajmniej spróbować coś zrozumieć. A jeżeli pojawią się jakieś problemy, zawsze są słowniki. Ja korzystam z nich do tej pory, gdy oglądam co bardziej skomplikowane językowo speciale.

Lubię myśleć, że stand-up jest rozrywką dla inteligentnych ludzi. Wymagającą rozrywką; intelektualnie, emocjonalnie oraz erudycyjnie. Niestety nikt nie chce podjąć wysiłku tylko po to, żeby dobrze się bawić. Niektórzy ludzie uprawiają jogging lub fitness dla przyjemności, a przecież tutaj także mamy do czynienia z wysiłkiem - tyle że fizycznym. Czy rozrywka intelektualna (mniej efektowna dla osób trzecich) już nie może wiązać się z pewnymi przygotowaniami? Boję się, że fakt ten zaniży poziom stand-upu (chociaż można tę tezę podciągnąć do sztuki w ogóle). Już teraz bywa tak, że całkiem nieźli stand-uperzy z kreatywnymi, świeżymi żartami są niedoceniani, ponieważ publiczność nie rozumie żartów lub nie łączy ze sobą faktów wykraczających poza "tu i teraz" prezentowane przez komika. Jeżeli nie rozwijasz się intelektualnie, nie czytasz, nie oglądasz zagranicznych komików, zwyczajnie zabraknie tobie narzędzi, by odpowiednio ocenić i docenić to, co widzisz. Dlatego intrygujący Jacek Stramik nie zbiera takich reakcji, na jakie często zasługuje, a najfajniejsze żarty Czarka Ponttefskiego są przemilczane. Zauważyłem to również podczas swoich skromnych występów: te dowcipy, z których jestem szczególnie dumny, bywają przyjmowane w umiarkowany sposób. Za to najprostsze i najbardziej przewidywalne puenty "żrą", aż miło. Nie chcę robić stand-upu dla snobów, kto mnie zna, ten wie, że sam uwielbiam prosty humor. Jednak jako widz potrzebuję czasami większej różnorodności. Wydaje mi się, że niektórzy komicy mogą się w końcu zrazić i dawać po prostu to, czego chce publika. Teoretycznie nie ma w tym nic złego, to inne podejście do sztuki, które należy uszanować. Niemniej ja od zawsze byłem zwolennikiem stwierdzenia, że większość może się mylić. Spójrzcie tylko na wybory.

Tym samym cieszę się na nowy projekt, za który odpowiada Michał Leja. Stworzył już pierwszy filmik z serii będącej w założeniu mini-encyklopedią stand-upu. Wyjaśnia tam podstawowe pojęcia, podaje ciekawe przykłady, a wszystko jest zaprezentowane w bardzo przystępnej formie. Również Abelard Giza oraz profil Polski Stand-up robią co mogą, wrzucając klasyczne nagrania komików zza oceanu, a Gaweł Feliga prowadzi bardzo fajny podkast "Nagrałeś to?!", gdzie usłyszymy interesujące rozmowy ze stand-uperami. Nieskromnie powiem, że również ja staram się czasem dołożyć jakąś cegiełkę do tej misternie konstruowanej budowli. Potrzeba czasu, by urosła, ale na szczęście prace nad mocnymi fundamentami już się zaczęły.



Wracając do moich obaw - rozmawiałem na ten temat z Olą Szczęśniak. Powiedziała mi, że zbyt dużo wymagam od publiki. Muszę się z nią poniekąd zgodzić. Duża jej część chce po prostu przyjść na stand-up i się pośmiać, a to, czy ktoś rozbawi ich za pomocą one-linera czy storytellingu, prezentując materiał energicznie jak Chris Rock, czy też deadpanem jak Steven Wright, ich serdecznie - za przeproszeniem - pierdoli. I nie ma w tym absolutnie nic złego, od rozkładania komedii na czynniki pierwsze są przecież komicy i takie gamonie jak ja. Muszę jednak zaznaczyć, że w tym przypadku są to widzowie bierni - przychodzą się rozerwać i na tym ich rola się kończy. Tymczasem ja mówię o widzach, którzy uważają siebie za aktywnych fanów gatunku. To oni komentują, oceniają, porównują, nie mając przy okazji zielonego pojęcia jak się za to zabrać, bo zwyczajnie brakuje im po temu wiedzy i doświadczenia. Chcą współtworzyć scenę od tej kreatywnej strony, a jednocześnie opiszą świeżo obejrzany występ słowami: "niezłe, ale Carlin to to nie był". A kiedy ty podejmiesz temat, pytając, co myślą o nagraniu Class Clown, oni zrobią maślane oczy. Bo tylko na tyle ich stać. W porządku, wszyscy mamy braki w tym zakresie, to nie jest powód do wstydu. Im dalej w las, tym więcej drzew - co za tym idzie, zawsze będziemy wiedzieć za mało. Lecz przypomnę zarzut, od którego zacząłem ten tekst - niektórzy nawet nie próbują tego stanu rzeczy zmienić.

Platon uważał za filozofa nie tego, kto zdobył już wiedzę (ponieważ posiadł ją tylko Bóg), ale tego kto jej poszukuje. Głupcem jednak jest ten, kto nie próbuje po nią sięgnąć, nawet gdy podstawi się mu ją przed mordą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
Blogger Templates