Ads 468x60px

czwartek, 20 sierpnia 2015

Jasna strona czarnego humoru

Pytanie, którym zakończyłem poprzednią notkę - po co nam w ogóle czarny humor? Przecież sprawia, że niektórym ludziom robi się przykro. Często bywa drastyczny, obraża odbiorców, rani ich uczucia i ogólnie smuci. Przecież zamiast tego możemy posłuchać więcej niewinnych gier słownych, czystych żartów i subtelnych aluzji - wtedy wszyscy będziemy szczęśliwi. Otóż nie, nie wszyscy. Ja nie będę. 


Uwielbiam Jima Gaffigana, uważam, że jest mistrzem w swojej kategorii. To jeden z tych kolesi, którzy mogą opowiadać przez dziesięć minut o bekonie. Niezbyt zabawny to temat, przyznaję, ale w jego wykonaniu okazuje się przekomiczny. Spróbujcie wymyślić dowcip o serze lub słodkich bułkach... No właśnie, nie da się! A on to potrafi. I zbudował na tym swoją karierę.

Cenię również Seinfelda i Cosby'ego (tego drugiego ostatnio wyłącznie za dokonania komediowe, czego nie muszę chyba tłumaczyć). Dowcipy błyskotliwe, momentami odrobinę moralizatorskie, najczęściej na tyle lekkie, by móc obejrzeć je z rodzicami, a jednocześnie na tyle dobre, by nie oglądać ich z zażenowaniem na twarzy. Nie to, bym oglądał stand-up z rodzicami, ale wiecie o co chodzi - tacy komicy są potrzebni.

Ale to właśnie czarny humor (w Ameryce mówi się również o tzw. blue comedy czy też ribaldry, które opierają się na żartach mających na celu zaszokować publikę lub wywołać u niej obrzydzenie) jest mi najbliższy. Te momenty, kiedy się śmieję, a chwilę później czuję się z tym źle, by chwilę później poczuć się znacznie lepiej niż na początku. Winstonowi Groomowi przypisuje się następujące stwierdzenie: Kiedy myślisz, że gorzej już być nie może, zacznij się walić deską po nodze. Zobaczysz jaką poczujesz ulgę gdy przestaniesz. Zdecydowanie coś w tym jest.

Najważniejsze jest odpowiednie podejście. Śpiewający komik, Bo Burnham, w wywiadzie dla "The Comedian's Comedian Podcast", zakpił z truizmu Czarny humor prowadzi cię do tego mrocznego miejsca, którego się lękasz i pokazuje ci, że jest tam w porządku. Doskonale rozumiem jego podejście, Bo to naprawdę rozsądny chłopak, który rozumie, że jest w niełatwym położeniu. Chciałby od czasu do czasu rzucić ostrzejszym żartem, ale zdaje sobie sprawę, że jest youtube'ową gwiadką, a jego fanami w ogromnej części są nastolatki.



Wielokrotnie powtarzałem, również na tym blogu, że moim zdaniem czarny humor jest najszlachetniejszą formą komedii. Głęboko wierzę w to, że lepiej jest się śmiać niż płakać. Czarny humor to w mojej opinii forma zaklęcia, które może nasze największe porażki i nieszczęścia (śmierć, przemoc, choroba, niepowodzenie) przekuć w pozytyw. Najczęściej jedyny, jaki można wytworzyć z tych nietypowych surowców - śmiech. Przypomina to czasem rodzaj autoterapii lub freudowskiej psychoanalizy.

Czasami dochodzi do absurdalnych sytuacji, na przykład kiedy Ostatni Obrońcy Moralności bywają bardziej urażeni żartem niż osoby bezpośrednio zainteresowane. Żarty z nowotworów są wielkim nietaktem. Tylko dlaczego? Cholera, kilka osób z mojej rodziny, zarówno bliższej jak i dalszej, zmarło na raka. Czy mam w związku z tym reagować panicznie na słowo rak? A może obrażać się na każde dziecko, które zdecyduje się zarecytować "Idzie rak nieborak"? Zdrowszy przecież będzie śmiech, znak tego, że żyjemy i wciąż mamy się dobrze. Tig Notaro podczas występów mówi otwarcie o swojej chorobie, a nawet pokazuje jej skutki, wychodząc na scenę topless. A Joan Rivers skarciła urażonego hecklera, przypominając mu, że każdy niesie swój krzyż.


Poza tym, o ile rozumiem osoby nie przepadające np. za kawałami o niepełnosprawnych, tak ludzie wiecznie urażeni wzmiankami o Hitlerze wyjątkowo mnie rozczulają. Idąc dalej tą pokrętną logiką, Hitlerowi należy się najwyraźniej szacunek. Nie śmiejmy się z niego, bo zbezcześcimy jego dobrą pamięć. Ktoś powie: Ale przecież tutaj chodzi o ofiary Holocaustu!. Czy aby na pewno? Zazwyczaj chodzi o słowo-klucz. Po co ludziom kontekst zdania, skoro padają w nim takie słowa jak papież, Isis, Bóg, masturbacja, Oświęcim czy szarlotka? Słowa-klucze, niezależnie od sensu wypowiedzi, mogą wywołać różne reakcje słuchacza: śmiech, strach, wstręt, ból, podniecenie czy głód. I nawet nie mówcie, że po przedostatnim zdaniu nie nabraliście ochoty na szarlotkę.

Słynne zdjęcie pochodzące z kontrowersyjnej sesji Roseanne Barr

Niektórzy pragną udowodnić, że osoby, śmiejące się z "uciśnionych" są niemoralne. Ja uważam wprost przeciwnie. Ofiary chorób, przemocy, uprzedzeń oraz innych nieszczęść zasługują na normalne traktowanie. Należy im pomagać (w końcu my również czasami potrzebujemy pomocy), ale nie trzeba obchodzić się z nimi jak z jajkiem. Jeżeli coś jest śmieszne, po prostu jest śmieszne, co doskonale udowodnił niestety nieżyjący już Patrice O'Neal. W tej oto telewizyjnej dyskusji, jednej z najzabawniejszych jakie widziałem, przyjął on rolę adwokata diabła w związku z jakąś aferą (chyba wokół słynnego radiowego talk show "Opie and Anthony"). Nie będę wam streszczał całości, po prostu to zobaczcie:



Pamiętajmy, że poruszanie ciężkich tematów w celu wykrzesania iskierki dowcipu nie jest niczym nowym, a już na pewno nie świadczy o degeneracji współczesnego społeczeństwa. Robił to Markiz De Sade (okej, zły przykład ;)), robił to Alfred Jarry, Szekspir, Wolter czy Arystofanes. Ludzie od dawna odczuwali potrzebę wyśmiewania tego, czego się boją.

Mówi się, że w kulturze japońskiej osoby, które są zdenerwowane lub zawstydzone, uśmiechają się. To jest ich naturalna reakcja obronna na te uczucia. My mamy podobnie. Dlatego tak naprawdę nie śmiejemy się z ofiar najbardziej brutalnych puent, nawet gdy są wymieniane z nazwiska. Ponieważ tu nie chodzi o nienawiść.  Po prostu jakoś sobie trzeba radzić. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
Blogger Templates