Ads 468x60px

wtorek, 11 sierpnia 2015

W obronie czarnego humoru


To był dziwny wieczór. Robiłem wtedy stand-up i impro. Na tej samej scenie w ciągu dwóch godzin pojawił się jeszcze kabaret. Popełniłem błąd, chociaż nie miał katastrofalnych skutków. Powiedziałem żart w stylu: "Mówi się, że każdy dorosły ma w sobie małe dziecko. A ja uważam, że to nieprawda, bo na przykład Trynkiewicz miał odwrotnie - u niego to dzieci miały w sobie dorosłego". Wiem, że to jest wyświechtane nazwisko. Użyłem go w tym tekście tylko jako przykładu, gdyż mam pewność, że to jest pedofil, o którym słyszała zdecydowana większość Polaków. Żart się spodobał, wieczór był całkiem udany. Dwa tygodnie później pewna dziewczyna powiedziała mi, że ten żart był niesmaczny. Zgadzam się, ale nie wszystko w życiu musi przecież smakować (pewnie to samo mówił Trynkiewicz dzieciakom). Poza tym tego samego wieczoru mówiłem gorsze rzeczy, zdziwiło mnie zatem, że akurat ten dowcipasek zasłużył sobie na jej szczególną niechęć. Mój błąd polegał na tym, że taki żart - bez względu na to czy uznamy, że jest zabawny czy nie - zdecydowanie nie jest dla każdego. Opowiadałem go już tyle razy, że zapomniałem, że kogoś może urazić. Błąd był również po stronie organizacji, nie powinno się mieszać stand-upu, kabaretu i impro. A jeżeli już się to zrobi, dobór występujących powinien mieć ręce i nogi. W tym przypadku tak było tylko połowicznie.

Połowicznie, ponieważ spotkałem się z różnymi opiniami. Usłyszałem pocztą pantoflową opinię, że mój materiał spodobał się komuś najbardziej ze wszystkiego, co działo się tego wieczoru na scenie. Z drugiej strony - osoby siedzące obok tego widza, wyszły zniesmaczone. Nie wszystko w życiu musi smakować, ale też nie jestem psychopatą. Stand-uper ma pewną odpowiedzialność. Może powiedzieć wszystko, ale pod warunkiem, że wiemy do kogo się zwracamy. Zespół Vader gra dla określonej publiczności, która wie czego oczekiwać - ba, nawet domaga się tego. Jednak członkowie tego składu nie rozkładają instrumentów na sopockim monciaku i nie grają tam swojej muzyki, bo wiadomo, że nie są łatwo przyswajalni. Gdy jestem w towarzystwie dobrych znajomych mogę pozwolić sobie na więcej. U cioci na imieninach nie powiem żartu o pedofilii czy gwałcie. Nie dlatego, że ciocia i jej goście nie mają poczucia humoru, czy są debilami. Po prostu nie cenią takich żartów - i nie ma w tym nic złego. Ludzka przyzwoitość i profesjonalizm nakazuje, by dobrze dobierać materiał do danej publiczności. Ta sztuka nie zawsze się uda, nie wszystko możemy przewidzieć, ale warto próbować.

Cieszę się, że wystąpiłem ostatnio na totalnej biesiadówce, to znaczy na festiwalu Gdańsk Toczy Bekę. Mogłem wypróbować swoich umiejętności w rozbawianiu "zwykłych" ludzi. Pocenzurowałem materiał, wybrałem łagodniejsze żarty, uniknąłem wulgaryzmów. Da się. Oczywiście, że się da. Tylko to nie jest to, co chcę robić na scenie. To naprawdę dobra odtrutka na te wszystkie negatywne emocje, które zazwyczaj biją z moich tekstów, niemniej to właśnie w tej śmieszno-smutnej formule czuję się najpewniej. Myślę, że to naturalne.

Naturalne jest również to, że jeżeli ktoś zdecyduje się przyjść na występ danego artysty, to fajnie, gdyby dowiedział się najpierw na co w ogóle idzie. Bo artysta dostosuje się, jeżeli jest na obcym terenie. Ale jeżeli to ty jesteś "gościem" komika, powinieneś mieć świadomość, że wkraczasz do jego świata. I zaufać mu, że to tylko zabawa.



W Ameryce dochodzi do absurdów. Ludzie idą na występ kontrowersyjnego komika i nagrywają jego materiał na komórkę. Następnie wrzucają nagrania do internetu. Tam już nie jest tak kolorowo, bo nie do końca wiadomo kto jest czyim gościem. Artysta miał prawo powiedzieć coś mocniejszego, zebrana w klubie publika była przecież na to (w większości) gotowa. Ale internauci niekoniecznie. Oczywiście nie muszą klikać, oglądać, komentować, jednak nie zawsze filmiki na youtube'ie są na tyle dobrze opisane, by wszyscy wiedzieli czego się spodziewać. I tak powstają afery. Mniej więcej o tym mówił Chris Rock, którego zacytowano w świetnym artykule od BBC. Artysta nie może sobie pozwolić na swobodę w procesie twórczym, ponieważ są ludzie, którzy oburzają się, gdy dzieje się coś, co im się nie podoba. Nawet jeżeli nie na ich oczach, nie wobec nich bezpośrednio - wystarczy, że oburzająca sytuacja ma miejsce na tym globie, w tej rzeczywistości.

Głośnym echem odbiła się afera z Danielem Toshem, który w sposób mało wyrafinowany zażartował z hecklerki, mówiąc, że zabawnie by było, gdyby została nagle zgwałcona. Na jego obronę - stało się to zaraz po tym, gdy ona przerwała mu występ, wrzeszcząc, że gwałt, czyli temat, który poruszył wówczas na scenie, nie jest zabawny. Media rzuciły się na Tosha jak sępy na padlinę. Nikt nie zwrócił uwagi na to, że ta kobieta powinna mieć świadomość, że idzie na występ komika, który porusza na scenie drażliwe tematy i to jest jego znak rozpoznawczy.


To niesamowite, że takie przypadki się zdarzają i wciąż wywołują oburzenie. A przecież jest tyle sytuacji, które nam nie pasują, ale nic z nimi nie robimy. Nikt nie idzie jako wolny słuchacz na wykład z fizyki kwantowej, by potem wypisywać w internecie, że wykładowca jest bucem, gdyż używa skomplikowanego słownictwa, co sprawia, że słuchacz poczuł się głupio. Ateista nie idzie do kościoła, żeby narzekać, że należy się tam modlić (no dobra, paru by się takich znalazło, ale to idioci). Nikt nie pójdzie na ustawkę, by następnie płakać, że się dostało w pysk, tak samo jak nikt nie idzie na występ Marcina Dańca, żeby rozpaczać nad tym, że opowiadał za mało żartów o aborcji. Jesteśmy dorosłymi ludźmi, przydałoby się zatem minimum odpowiedzialności. To nie jest tak, że ktoś was podpuszcza lub oszukuje. Nie lubisz krwi i brutalnej przemocy? To przestań oglądać horrory, na litość boską! Natomiast nie każdy rozumie, że jest wiele gatunków humoru, nie tylko ten sympatyczny i nieszkodliwy. Przeszkadza im to, co ich nie bawi i czego nie rozumieją. Ci ludzie nie zauważają, że problem tkwi w ich niewiedzy lub ignorancji, chcieliby więc podporządkować sobie rzeczywistość. Bo ta nie pasuje do ich wyobrażeń i koloru butów.

A już szczególnym brakiem odpowiedzialności jest zabieranie dzieci na występy, których natury nie jesteśmy pewni. Pozwalacie dzieciakom oglądać programy z czerwonym kluczykiem w rogu ekranu? I powtarzam - tu nie chodzi o poziom, ten może być różny. Chodzi o kategorię, w której dane dzieło się znajduje z samego założenia.

Niektórzy powiedzą być może: Ale to jest przecież złe i niemoralne. Spotkań neo-nazistów i Międzynarodowego Związku Ludojadów również mamy nie bojkotować tylko dlatego, że nie zostaliśmy tam zaproszeni? lub Po co w ogóle opowiadać żarty, które mogą sprawić, że ktoś się źle poczuje?. Dobre pytanie. To znaczy to drugie, bo ten pierwszy zarzut jest tak wielkim kretynizmem, że odczuwam coś w rodzaju dumy, że udało mi się go wymyślić. Pozwólcie jednak, że przejdę do tego tematu w następnej notce.

1 komentarz:

  1. Więcej o stand-upie, bo dobrze piszesz. Trafione w sedno, też mam podobne odczucia z porównaniem humoru do death metalu.

    OdpowiedzUsuń

 
Blogger Templates