Ads 468x60px

czwartek, 22 października 2015

"Komik nigdy nie powinien przepraszać za żarty" - wywiad z Cezarym Jurkiewiczem

Nigdy nie ukrywałem, że Cezary Jurkiewicz jest jednym z najbardziej cenionych przeze mnie stand-uperów w Polsce. To koleś, który pomagał przenieść ten gatunek na polski grunt bez jego jednoczesnej kastracji. Niepozorny, chudy koleś w okularach. Na scenie przenikliwy, błyskotliwy, cholernie zabawny. Pasjonat gatunku, który nieustannie się kształci w swoim fachu. Zwyczajnie nie mogłem przepuścić okazji na przeprowadzenie z nim wywiadu, zwłaszcza że czaiłem się na niego już od dłuższego czasu, ale z różnych względów rozmowa nie dochodziła do skutku. Tym razem było inaczej. Tak powstał wywiad, który - jak każdy przeprowadzany przeze mnie - jest długi i raczej przypomina dyskusję dwóch komediowych nerdów. Jeżeli jaracie się komedią od kuchni, znajdziecie tu sporo dla siebie. Jeżeli nie, przykro mi. Ale i tak warto spróbować, bo naprawdę jest co poczytać.

Niech pierwsze pytanie będzie odrobinę prowokacyjne. Dlaczego chciałbyś pozabijać polskich kabareciarzy?

Aha, czyli kontynuujemy podcast Gawła Feligi (śmiech). Chodzi o klimat, jaki prezentują, poziom humoru, tę wieś, którą od nich bije. Nie mam problemu z tym, że to jest mainstreamowe, bo są mainstreamowi komicy w Stanach, którzy mi się bardzo podobają. Ale kabareciarze prezentują taki humor, który bawi moją mamę – proste, oklepane kawały.

Czyli jeżeli twoje żarty nie bawią twojej mamy, to znaczy, że wtedy są dobre?

Niekoniecznie, to nie jest jakiś główny wyznacznik. Niektóre moje żarty bawią mamę, ale nie wszystkie. Przykładowo, moja mama nie należy do osób, które z łatwością wychwytują ironię.

A ogólnie twoja rodzina? Nie ma ona problemów z ostrzejszym humorem, który czasami prezentujesz w telewizji?

Ma. Pochodzę z bardzo katolickiej rodziny, więc jeżeli mówię coś o religii, to ich to trochę boli, dlatego przestałem to robić w telewizji. Nie chodzi o to, że nałożyłem na siebie jakąś autocenzurę, po prostu nie chcę sprawiać przykrości moim bliskim. Ale jeżeli chodzi o hardkory niezwiązane z religią, to nie mają z tym problemów. Przykładowo mój ojciec jest ginekologiem, więc kwestia seksualności nie jest czymś, co go szokuje.

Zauważyłem, że naprawdę wielu komików – najczęściej właśnie ci, którzy mówią o religii na scenie – albo chodziło do katolickich szkół, albo pochodzi z katolickich rodzin. Być może w religii jest coś na tyle przytłaczającego, że dany komik nie może sobie z tym poradzić i musi odreagować komedią.

Tak, we mnie jest duża złość względem kościoła, a szczególnie szeroko pojętej religii katolickiej. I myślę, że ode mnie ta złość bije mocniej niż na przykład od Antka [Syrka-Dąbrowskiego], który nie został tak wychowany. Ja się po prostu czuję w pewien sposób oszukany. Mam wrażenie, że sporą część życia zmarnowałem na wierzenie w jakieś bzdury. To było dla mnie niesprawiedliwe, że byłem indoktrynowany - a inaczej nie można tego nazwać, skoro mówi się dziecku, że albo uwierzy w to, co mu każą, albo pójdzie do piekła.

Wróćmy może do tematu kabaretów i mainstreamu. Czy jest coś mainstreamowego w Polsce co cię autentycznie bawi?

Hmmm. Nie. Absolutnie nie.

Nawet te stare rzeczy, w stylu Tey?

Nie wiem na ile można uznać KOC [Komiczny Odcinek Cykliczny] albo Za chwilę dalszy ciąg programu za coś mainstreamowego, ale w sumie leciało to w telewizji publicznej. Więc jeżeli uznamy to za mainstream, to tak, bardzo mnie to jarało, i do tej pory, gdy do tego wracam, to mnie to bawi.

Mam wrażenie, że pewnego rodzaju kontynuatorem tego nurtu jest Wojtek Fiedorczuk ze Stand-up Polska.

Jak najbardziej. On nawet pracował przez dłuższy czas ze Sławomirem Szczęśniakiem z Kuchni Pełnej Niespodzianek.

No proszę! To ciekawe, bo Fiedorczuk wydaje mi się jedyną osobą w polskim stand-upie, która 20-30 lat temu mogłaby być naprawdę znana.

Istnieje taka szansa, że współpracowałby z KOC-em czy w Za chwilę dalszy ciąg programu. Swoją drogą, jakiś czas temu zrobiliśmy program Dobranoc ATM. Sam program wyszedł beznadziejnie, bo napisaliśmy scenariusz, reżyser obiecał nam wolność artystyczną, ale ostatecznie jej nie mieliśmy, przez co jednym pstryknięciem palców zamienił ten program w ciekły kał. Natomiast chciałbym się pochwalić tym, że udało nam się zaprosić do jednego skeczu właśnie Szczęśniaka, który nie tylko z nami grał, ale również napisał skecz. Strasznie się jarałem, że mogłem współpracować z tym kolesiem.

Rozumiem, że Czarna dziura [sketch show, nad którym pracują m.in. chłopaki ze Stand-up Polska, Abelard Giza oraz Kacper Ruciński] jest już mniej więcej tym, co naprawdę w tobie siedzi i odpowiada twojemu poczuciu humoru.

To prawda. Po pierwsze, to, co stworzyliśmy, jest moim zdaniem klimatyczne. To niby są skecze, ale nie mają tego kabaretowego feelingu. Nie ma tak, że wszyscy są tymi samymi postaciami, czy są jakieś proste żarty o policjantach i zakonnicach. Po drugie, pod względem stricte strukturalnym, jest to po prostu dobrze napisane. Byłem w Chicago i tam uczyłem się komediopisarstwa w Second City. Mam wrażenie, że naprawdę trzymaliśmy się tych ram i zasad, i bardzo mi się to spodobało. Nie chcę używać tutaj słowa "niepolskie", ale uważam, że naprawdę czegoś takiego u nas jeszcze nie było.

Wspomniałeś o Second City. Czego się tam nauczyłeś, biorąc pod uwagę, że zdobyłeś już pewną wiedzę i doświadczenie na open-micach, występach i większych trasach.

Uczyłem się tam improwizacji i komediopisarstwa. Na pewno nauczyłem się być bardziej spontaniczny, lepiej reagować na sytuacje, w których dzieje się coś niezaplanowanego. Od strony komediopisarskiej poznałem struktury, które nie dotyczą bezpośrednio stand-upu, tylko głównie skeczy, niemniej sporo z nich udało mi się zaadaptować do moich umiejętności stand-upowych. To takie elementy jak „podbijanie przypału”, czy jakiejś dziwności danego zjawiska. Zmieniło się również samo pisanie od strony kreatywnej, nauczono mnie jak po prostu usiąść przed kartką i pisać, pisać, pisać, a po dziesięciu stronach wygrzebać ten jeden żart, który jest diamentem. A potem znowu pisać.

Czyli jesteś już jednym z tych, którzy faktycznie siadają przed kartką i pracują nad żartem. Nie opierasz się wyłącznie na tych momentach, kiedy żart sam do ciebie przychodzi, tylko siadasz i piszesz, nawet gdy nie masz pomysłu.

Tak, ale te opcje się nie wykluczają. Kiedyś faktycznie czekałem aż coś mi wpadnie do głowy, ale to mało wydajny sposób. Mam znajomych, którzy tak pracują, ale wtedy ich materiał powstaje bardzo powoli. Ale oczywiście jeżeli coś mi wpadnie do głowy, to nie odrzucam pomysłu tylko dlatego, że go nie wypracowałem. Inkorporuję go, lecz na ogół mam coś takiego, że myślę sobie "okej, mam dzisiaj dzień pisania". Wtedy po prostu siadam i piszę, żeby wygenerować jak najwięcej materiału.


Osoby, które szukają humoru prawdopodobnie dostrzegają to, że podczas zwykłych rozmów bardzo często mówi się coś zabawnego. Dzięki rozmowie i chemii, dzięki temu, że ktoś rzuca konkretne słowa w konkretnej kolejności, co sprawia, że możesz odpowiedzieć czymś błyskotliwym, na co sam z siebie nigdy byś nie wpadł. Tego mi osobiście brakuje w polskich komediach. Ale z tego co wiem, przy Czarnej dziurze faktycznie tak pracowaliście. Był brainstorming, siadaliście razem i pisaliście.

To prawda. Pracowaliśmy nad jakimś głównym konceptem, następnie dzieliliśmy się na pary i rozdawaliśmy je mówiąc: "ty bierzesz ten pomysł, ty ten, a ty ten". I rozpisywaliśmy je na wstępne wersje, a następnie się nimi zamienialiśmy. Każdy przy danym projekcie pracował przynajmniej przez chwilę. Jeżeli zgadzaliśmy się co do wyglądu danego skeczu, to go wykorzystywaliśmy. Jesteśmy z nich zadowoleni, nie mam poczucia żenady.

Wracając do stand-upu - co według ciebie jest ważniejsze dla komika, bombing czy killing?

Jedno i drugie jest ważne. O ile ktoś nie jest zdroworozsądkowy, to znaczy nie jest osobą, która po nieudanym występie stwierdzi: „nie udało mi się ani razu rozśmieszyć publiczności, może powinienem zacząć robić coś innego?", to bombing jest mega rzeczą dla komika, ponieważ motywuje do pracy. Wczoraj miałem dobry występ? Okej, to było miłe, ale to nie zmusi mnie do tego, żeby usiąść, pisać nowe rzeczy, a następnie je poprawiać. Natomiast kiedy mam gorszy występ, wyciągam z niego wnioski, by być lepszym.

Często powtarzam na blogu, że publika jest u nas mało wykształcona jeżeli chodzi o stand-up. Mam wrażenie, że widać to szczególnie wtedy, gdy komuś na scenie nie wychodzi. Publika totalnie nie ma pojęcia o procesie powstawania materiału komediowego i uczenia się bycia zabawnym. Kiedy jakiś open-miker da ciała, bardzo łatwo ludziom ferować wyroki, i – co gorsza – zauważam to również wśród innych komików, którzy potrafią stwierdzić po czyichś dwóch występach "stary, ty się do tego zupełnie nie nadajesz".

Rozumiem, faktycznie jest coś takiego. Ja mam takie wyobrażenie – nie wiem czy prawdziwe – że jeżeli wychodzi się z dużą pewnością siebie na scenę, i mówi się tak przez pięć minut, to nawet jeśli się nikogo nie rozśmieszy, to i tak nie ma żenady. Ludzie się nie zaśmieją, ale nikt nie będzie miał poczucia "O kurcze, ale ten koleś był żałosny". Nie wiem jak inni stand-uperzy do tego podchodzą. Ja jeżeli widzę, że jakiś koleś nie złamał się i brnie do samego końca, to mi to imponuje. To też jest taka skaza, że dużo polskich stand-uperów definiuje stand-up jako coś, co musi być koniecznie zabawne zabawne dla publiczności. Moim zdaniem, w pierwszej kolejności, to musi bawić ciebie, rozbawienie publiczności to proces poboczny. Np. Doug Stanhope ma takie podejście.

Doug Stanhope rzeczywiście nie jest typem komika, który wywołuje reakcję dosłownego „ha, ha, ha". Steven Wright podobnie. On jak coś powie, to nie będziesz płakał ze śmiechu, ale jak się nad tym zastanowisz to pomyślisz: "kurwa, to jest przekomiczne, to jest coś, co by napisał Mark Twain".

Dokładnie. Nawiązując do testowania materiału, to podczas naszych występów "Work in progress", pokazujemy publiczności bardzo dobitnie jak wygląda proces tworzenia, i te imprezy są super. Być może wynika to z tego, że ostrzegamy publiczność jak to wygląda, przez co nie mają wygórowanych oczekiwań, poza tym chodzą na te imprezy od lat. Ale uwielbiam je, bo nie mam przy nich żadnego ciśnienia. Mówię bardzo luźno, przechodzę od jednej rzeczy do drugiej, a jak coś nie wejdzie, to po prostu myślą: "ok, to nie weszło, ale posłuchajmy, co ma dalej do powiedzenia".

Kolejne pytanie niektórzy zaliczyliby do kategorii "kasztańskich", ale jest cholernie ważne. Jacy są twoi ulubieni komicy?

Pierwszą osobą, która sprawiła, że chciałem robić stand-up był Robin Williams. Potem poznałem Carlina i byłem nim zachwycony przez długi czas – również zaliczyłbym go do grona tych, dzięki którym to robię. Ale ostatnio, to znaczy od jakiegoś miesiąca, na pierwsze miejsce wskoczył u mnie Bill Burr. Koleś jest geniuszem, jest turbo śmieszny i ma więcej pewności siebie niż jakikolwiek inny komik w Stanach. Nikt też nie radzi sobie z hecklerami tak jak on. Nikt nie potrafiłby pojechać 2000 hecklerów, jak zrobił to on podczas słynnego "Philadelphia rant". Słyszałeś o tym?

Nie.

Był taki wieczór stand-upowy w Filadelfii gdzie był świetny line-up, na przykład Jim Norton, praktycznie same kozaki. Publiczność była najebana, ludzie siedzieli na trawie, buczeli i przeskadzali komikom. Bill Burr wszedł na scenę, powiedział dwa żarty, które nie weszły. Zaczął więc ich jechać. Ale nie było to 12 minut przekleństw, tylko bardzo kreatywny pojazd. Oczywiście był wulgarny, ale mówił im na przykład: "mam wrażenie, że Dzwon Wolności wam spadnie na most i zawali go. Jesteście najgorsi. Jedyny pomnik jaki macie to Rocky'ego, postaci, która nawet nie istnieje". To było niesamowite, przez 12 minut po nich jechał, a na koniec zgarnął od nich owacje na stojąco. To legendarny występ, warto sprawdzić. Koleś jest dla mnie numerem jeden. Lubię też Louisa C.K.. Uwiebiam Douga Stanhope'a.

Ucieszyło mnie, że wspomniałeś o Jimie Nortonie. Bo o ile Bill Burr już powoli istnieje w świadomości polskich odbiorców, tak Jim Norton zupełnie jest ignorowany. Ciekawi mnie jaka by była u nas reakcja na tego kolesia, biorąc pod uwagę jego dość kontrowersyjne życie prywatne. Otwarcie przyznaje się do sypiania z transwestytami itd.

Według mnie nie jest w Polsce popularny z tego samego powodu, co niegdyś Bill Burr.

Brak polskich napisów...

To po pierwsze, co jest w jakimś stopniu żenujące. Po drugie, mam wrażenie, że duża część komików jest leniwa i nie chce się im obczajać innych. Nie mówię tego oskarżycielskim tonem, bo ja też przechodziłem przez taki okres, że obejrzałem Carlina i myślałem: "dobra, już nic lepszego nie zobaczę", ale potem zobaczyłem kolejnego, potem jeszcze kolejnego...

To nie jest kwestia szukania najlepszego, tylko takiego, który najbardziej danej osobie odpowiada.

Tak. I myślę, że w końcu ludzie dojdą do tego wniosku, że Jim Norton jest kozakiem i będą się nim jarali.

W Ameryce już teraz zgarnia coraz większą popularność, na przykład jakiś czas temu zastąpił Anthony'ego w Opie & Anthony Show w radiu.

Tak, ale to wynika z tego, że Anthony rzucił jakiś rasistowski tekst na twitterze i go wyrzucili. On już miał jakieś rasistowskie teksty wcześniej, miał dyskusje na ten temat z Billem Burrem i Patrice'em O'Nealem.

To niesamowite, że to właśnie Jim Norton go zastępuje. Osoba, która jest co najmniej równie kontrowersyjna i wyszczekana.

Anthony w przeciwieństwie do Jima nie jest komikiem, tylko bardziej radiowcem. Natomiast gdy Norton powie coś skrajnie rasistowskiego, seksistowskiego itd., to potrafi to powiedzieć na tyle śmiesznie i absurdalnie, że wywoła niechciany śmiech.

Najlepsi mają z tym problem. Kiedyś dostało się Louisowi C.K., za to, że napisał jakieś nieprzyjemne teksty na twitterze, po których poszły na niego gromy. Usunął je i przeprosił za to.

Louis C.K. przepraszał za coś?

Tak. Powiedział, że źle się z tym czuł.

Moim zdaniem komicy nie powinni przepraszać za żarty, jeżeli są dobre. Jeżeli sam Louie stwierdził, że ten żart jest słabo skonstruowany i po prostu nieśmieszny to okej, ale w większości są to takie sytuacje, w których mainstreamowa publiczność nie zrozumiała żartu i uznała, że jest obraźliwy i nieśmieszny jak w przypadku żartu Daniela Tosha o gwałcie. Oni absolutnie nie powinni przepraszać. Za dobrze skonstruowany żart?


A nawet jeżeli jest źle skonstruowany, to – jak w przypadku Tosha – jest to występ komediowy. Ludzie powinni rozumieć, że to nie jest na poważnie.

Jak najbardziej. Ludzie powinni liczyć się z tym, na jakie imprezy chodzą. Absolutnie nie powinno się przepraszać. Często zresztą nie są to ani seksistowskie, ani rasistowskie żarty, lecz rzeczy wypowiadane ironicznie. Nie powinno się ogłupiać komedii tylko dlatego, że część społeczeństwa nie ma wystarczającego poziomu intelektualnego, żeby zrozumieć ironię. Bo niestety jakaś inteligencja jest wymagana by ją zrozumieć.

Niemniej w pewnym momencie to już są subtelności. U Jima Jeffreisa w pewnym momencie ciężko jest stwierdzić, czy on żartuje, czy mówi poważnie.

Wydaje mi się, że Jim mówi na ogół poważnie, ale on mnie bawi nie dlatego, że ironizuje, tylko dlatego, że jest tak bardzo wyolbrzymionym łajdakiem. Bo gdyby nie był w tym tak bardzo skrajny, to bym go nienawidził, ponieważ staram się trzymać dystans od seksizmu. Ale jeżeli masz już coś tak seksistowskiego, że to stanowi karykaturę, czy może wręcz groteskę, to nie sposób nie mieć z tego beki. Koleś jest łajdakiem, ale tak wielkim, że to zaczyna być niedorzecznie śmieszne.

Widziałeś może wywiad, po jakiejś akcji z żartem o gwałcie, być może chodziło o Tosha właśnie, gdzie Patrice O'Neal z jakąś feministką rozmawiał o granicach komedii?

To był Fox News, nie?

Tak. To było niesamowite, bo wszyscy starali się go przekonać, że takie żarty są okrutne i nieśmieszne, kobieta starała się go cytować, mówiąc wybrane fragmenty i kalecząc je. On się wkurzył, że opowiada je źle, więc sam opowiedział je po swojemu. Zrobił to tak, że nawet ludzie w studio śmiali zza kadru. Niesamowicie ironiczna sytuacja.

Ale to jest wkurwiające, bo cytują twój żart, ale bez timingu i twojego sposobu podania. I wtedy to faktycznie brzmi źle, jakbyś powiedział coś naprawdę strasznego. Już Lenny Bruce się o to wkurwiał, gdy w sądzie czytali jego żarty, on mówił: "Kurwa, ich tak się nie podaje!”.

Chociaż Lenny Bruce mnie jakoś specjalnie nigdy do siebie nie przekonał, i wiem, że przyznaje się do tego coraz więcej komików w Stanach. Mam do niego wielki szacunek, ale nie czuję tego.

Rozumiem to. Wynika to z tego, ze komedia ewoluuje na swój sposób. Mam znajomych, których w ogóle nie bawi Carlin, ponieważ to wydaje się stare i oklepane. Ale prawda jest taka, że w latach 80-90, jak on napierdalał swój materiał, to było super świeże i śmieszne. Komedia w społeczeństwie ewoluuje, i znajdując się w konkretnym społeczeństwie, zaczynasz już od pewnego poziomu. Gdybyśmy nagle żyli w latach 60 to jakbyśmy zobaczyli to, co robi Lenny Bruce, to myślę, że byśmy się tym strasznie jarali. Chris Rock zupełnie nie jara się Richardem Pryorem, ale bardzo się jara Eddie'em Murphym. A Eddie Murphy jarał się Richardem Pryorem.

Tak, to jest to drzewko zależności i wpływów, które się systematycznie rozrasta.

Z drugiej strony to nie jest jakaś reguła. Bo społeczeństwo idzie do przodu, ale mnie na przykład Richard Pryor bawi. Uwielbiam go.

On także w Polsce jest cholernie niedoceniany. Ale już tak kończąc, bo rozmawiamy 20 minut i sporo wykraczamy poza czas, który przewidzieliśmy na tę rozmowę, wróćmy do ciebie. Obecnie pracujesz nad nowym materiałem?

Cały czas. Stand-up jest u mnie priorytetem i staram się mu poświęcać jak najwięcej czasu. Staram się tworzyć nowe, lepsze rzeczy, bardziej błyskotliwe, śmieszniejsze. Nie chcę być jednym z tych leniwych komików, którzy występują z tym samym materiałem przez 10 lat, chociaż wiem, że mógłbym.

Planujesz zamknąć w pewnym momencie ten materiał i jeździć z gotową perełką?

Już teraz mógłbym jeździć sam po Polsce, ale nie ma po temu możliwości techniczno-promocyjnych. Ale tak, chciałbym funkcjonować w taki sposób jak na przykład Abelrad. Zrobić materiał, jeździć z nim po Polsce, a potem go zostawić w spokoju i tworzyć kolejny. Jestem jeszcze mało znany, i muszę czasami dodawać nowe rzeczy, zmieniać je. Mam wrażenie, że jestem przez to ograniczony.

W Polsce jest ten problem, że przez to, że mamy tak mało klubów i ludzi zainteresowanych tą formułą, robi się u nas coś, co w Ameryce jest rzadkie - trzech komików występujących podczas jednego wieczoru. Co nie opłaca się ani finansowo, ani artystycznie, gdyż nie możemy ocenić pełni możliwości danego komika, na podstawie 20 minutowego występu.

To prawda, niestety panuje tutaj jeszcze podejście ilościowe, dlatego ludzie wolą pójść na dziesięciu komików niż na trzech. Zresztą ruszamy całą 10-osobą ekipą w trasę po to, żeby zarobić grosze.

Na tym optymistycznym akcencie zakończymy (śmiech). Dziękuję ci bardzo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
Blogger Templates