Ads 468x60px

wtorek, 26 stycznia 2016

Pobożne życzenia - recenzja filmu "Listy do M. 2"

Nie przepadam za kopaniem leżących. Zdecydowanie wolę, gdy najpierw ktoś wstanie i dopiero wtedy z powrotem podciąć mu nogi. Komedia to gatunek, który ma u nas wyjątkowo ciężko. Wystarczy, że widz usłyszy postawione obok siebie słowa "polska" oraz "komedia" i automatycznie włącza mu się tryb agresora. Nie mi. Ja komedie lubię, a te romantyczne wręcz uwielbiam. Kupuję bez mrugnięcia okiem tę nierealistyczną konwencję szczęśliwych ludzi, uroczych dzieci i miłości od pierwszego wejrzenia. Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że to takie porno dla uczuć. Zarówno "ślizgacze" jak i komedie romantyczne są najczęściej płytkie, występują w nich nierealistycznie piękni ludzie, a całość wywołuje u widzów dalekie od rzeczywistości wyobrażenia relacji damsko-męskich. No i  jedno i drugie kończy się happy endem, co też nie jest bez znaczenia. Czego tu nie lubić?

Nie będę kłamał - pierwsza część Listów do M naprawdę mi się spodobała. Było to sprawnie nakręcone sezonowe kino gatunkowe; nieźle zrealizowane, momentami całkiem zabawne, czasem wzruszające. Właściwie trudno było mi się do czegokolwiek przyczepić poza przesadzoną ilością lukru (kolejna rzecz łącząca komedie romantyczne z porno) i product placement. Przyznaję więc, że gdy dowiedziałem się o produkcji "dwójki", od razu wiedziałem, że ją zobaczę. Ze zdrowym dystansem oczywiście, ponieważ zmienił się reżyser oraz scenarzystka - uznałem więc, że to będzie drugi raz to samo, ale w nieco gorszej odsłonie.

Tutaj mógłbym zakończyć recenzję, bowiem tak właśnie jest. Jednak czuję wewnętrzną potrzebę udowodnienia, że zestawianie Listów obok Ciacha czy Tylko mnie kochaj to grube nieporozumienie. 

Zdecydowanie przesadzono z ilością wątków, tym bardziej, że część z nich została wyraźnie dodana na siłę, tylko po to, by w pokraczny sposób zazębić całą historię i udowodnić widzom, że świat jest mały. Tylko po co? Jest tego tak dużo, że podaruję sobie nakreślanie fabuły filmu, gdyż naprawdę nie ma to większego sensu, a większość z was i tak już pewnie widziała brytyjskie To właśnie miłość.

Jako przykład podam wątek Agnieszki Wagner oraz Wojciecha Malajkata, który mnie najbardziej boli. Co prawda nie zauważyłem już Julki Wróblewskiej (znanej z Tylko mnie kochaj, M jak miłość oraz naszych nocnych koszmarów), w roli ich przybranej córki, co dawało mi pewną możliwość wyobrażania sobie, że stało jej się coś naprawdę złego, ale okazało się, że postać skrzywdzonego przez los dziewczęcia wciąż tam jest, po prostu aktorka zmieniła się nie do poznania. Nie żebym winił ją za to, że nie przypomina siebie sprzed lat. Mało tego, myślę, że zasłużyła w ten sposób na nagrodę. Jej ekranowy ojciec (Malajkat), jest - jak przekonują scenarzyści -  wykształconym, kulturalnym panem, który doskonale zna się na drogich winach i muzyce klasycznej. Jednocześnie ta sama postać raczy nas informacją, że "czerwone wino powinno pooddychać". Cóż, ja jestem osobą, dla której wino za 10 złotych to już półka na tyle wysoka, żeby do niej nie sięgać,  ale nie uważam siebie za głupca. Zresztą mniejsza ze mną; dlaczego bohater dzieli się tym truizmem ze swoją żoną, która - tak samo jak on - jest wykształcona i obyta? Mogli rozmawiać o czymkolwiek innym, co udowodniłoby nam, że należą do elity intelektualnej tego kraju. Na przykład o tym, że nie oglądają polskich komedii romantycznych.

Trochę się rozpisałem, a wypadałoby wspomnieć o pozostałych bohaterach filmu. Pozwólcie więc, że nie będę się rozwodził nad żadnym z nich, i ograniczę się do wymienienia tych naprawdę istotnych: 

.
.
.

Wyzłośliwiam się, ale tylko z czystej sympatii, bo to naprawdę nie jest zły film. To, co grało w "jedynce", broni się także tutaj. Maciej Stuhr nadal robi kapitalną robotę (jako jeden z niewielu polskich aktorów po prostu czuje komedie. Gra błyskotliwie, z doskonałym wyczuciem czasu), wątek Małgorzaty Kożuchowskiej wprowadza tu trochę potrzebnej goryczy, Karolak wciąż jest kiepską, ale przyjemną parodią Billy'ego Boba Thorntona w Złym Mikołaju, a dzieciak na wózku inwalidzkim niemalże ginie w pożarze... Jak widzicie, znajdą się pozytywy. Mamy tutaj do czynienia z każdą możliwą kliszą (ojciec marnotrawny, usiłujący odzyskać prawo do opieki nad synem, gwiazdor, zakochany w prostej dziewuszce z Ostrołęki, skłócone małżeństwo, które poprzez - ojej, jak niezwykły - zbieg okoliczności dowiaduje się, że w ich związku wciąż jest miejsce na namiętność), co boli, ale przynajmniej nie tak, jak amputacja nóg bez znieczulenia. I tej schludnej iluzji nie jest w stanie zniszczyć okropna muzyka, zbędne wątki poboczne, ani nawet gra aktorska Macieja Zakościelnego. Niczym ten dąb, który - nieustannie smagany wiatrem - ma połamane gałęzie i pozrywane liście, ale korzeń wciąż trzyma go w pionie.

Dlatego jeżeli lubicie ciepłe, sprawnie nakręcone filmy w klimacie świąt Bożego Narodzenia, to serdecznie wam polecam kolejny seans To właśnie miłość. No dobrze, Listy polecam również. Co prawda, bardziej część pierwszą, niemniej "dwójka", pomimo poważnych wad, staje na wysokości zadania i oglądałem ją z niekłamaną przyjemnością. A że na naszym podwórku w tej kategorii nie ma sensownej konkurencji...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
Blogger Templates