Ads 468x60px

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Ranking 10 najlepszych materiałów stand-upowych 2015 roku: miejsca 5-1


Złota piątka. Pięciu rączych mężczyzn. Trzech pewniaków, reszta może niektórych zaskoczyć. Ale to dobrze, zaskoczenie to jedna z najważniejszych części komedii. Mógłbym jeszcze dodawać znaki, by pustosłowiem zbudować ścianę tekstu, sprawiającą wrażenie poważnego rankingu. Takim pustosłowiem jest na przykład to poprzednie zdanie. Oraz to, które właśnie napisałem. I to. Cholera... Dobra, nieważne, przed wami najciekawsze, moim zdaniem, speciale 2015 roku.

5. Jim Norton "Contextually Inadequate"


Nowy Jim jest bardzo "topikalny". Oglądając jego występ, czujemy się jakbyśmy czytali gazetę z niusami, okraszoną dużą ilością drapieżnej publicystyki. Zazwyczaj nie przepadam za materiałami głęboko zanurzonymi w danym kontekście (pop)kulturowym. Zbyt łatwo tutaj o dezaktualizację poruszanych tematów, a ilość nieznanych nazwisk może przytłoczyć przeciętnego nie-Amerykanina. Na szczęście w tym przypadku nie odczułem żadnego dyskomfortu, przede wszystkim dlatego, że większość tego typu zabiegów niesie za sobą jakąś uniwersalną myśl, i nie stanowi tanich nawiązaniań do celebrytów rodem z TMZ i Pudelka, do czego przyzwyczaiła wszystkich choćby Kathy Griffin. Myślę, że to najdojrzalszy materiał Nortona (oczywiście w granicach jego konwencji). Poza tym bawi jak cholera. Wciąż pojawia się tu kilka momentów, którymi Norton chce widza obrzydzić, wrzucając mu do głowy jakąś szkaradną wizję, ale jest tego mniej niż przedtem. Obecnie ma wyraźnie więcej do powiedzenia, i jest bardziej zaangażowany społecznie. Niezależnie czy chodzi o perypetie Billa Cosby'ego, przewrażliwienie na punkcie emocjonalnych tweetów, czy też doskonały bit o potrzebie bycia w centrum uwagi. Kiedyś temat ten poruszył na przykład Carlin (- I just saw him yesterday... - Didn't help. He died anyway), a teraz Norton rozwinął myśl, przez co zostaje ona z widzem na dłużej.

4. Eugene Mirman "Vegan on His Way to the Complain Store"


Całkowite zaskoczenie. Specjał Eugeniusza sprawdziłem od niechcenia, tymczasem z każdą kolejną minutą cieszyłem się coraz bardziej, że na niego trafiłem. Uwagę przykuwają interesująca estetyka oraz scenografia, chociaż przyznam, że nie do końca rozumiem w jaki sposób miałyby korespondować z treścią tego występu. Przede wszystkim chciałbym zaznaczyć, że Mirman miewa znakomite pomysły na sprzedanie one-linerów, które same z siebie nie porywają, ale osadzone w odpowiednim kontekście językowo-wizualnym naprawdę bawią. W tym celu używa on dużej ilości zdjęć, obrazów i ulotek jako rekwizytów. Intrygujące, gdyż nie ośmieliłbym się określić jego materiału jako prop comedy, gdyż najczęściej są jedynie tłem do jego opowieści, a nie żartami samymi w sobie. Sprytne rozwiązanie, sprawiające, że Mirman nie musi długo tłumaczyć skomplikowanych założeń i premise'ów. Muszę również wspomnieć o świetnej pracy z publiką, która przejawia się choćby w sekcji Q&A mniej więcej w połowie materiału. A samo zakończenie, którego nie zdradzę, by nie zepsuć wam niespodzianki, jest czymś, czego w stand-upie jeszcze nie widzieliście.

3. Brian Regan "Live from Radio City and Comedy Central"


Jedzenie bananowej papki jest jak jedzenie zwykłego banana. Tylko bez całego wysiłku. Nie wiem skąd Brian bierze te spostrzeżenia, ale niech dalej eksploatuje to źródło. Regan (z wyglądu nieślubny syn George'a W. Busha i Willa Ferrella) jest typowym przedstawicielem "ulubionego komika komików". Nigdy nie zdobył popularności, jaką mogą się szczycić współczesne gwiazdy komedii, a jednocześnie jego nazwisko jest wymawiane jednym tchem obok największych tuz gatunku. Ten występ jest wyjątkowy również dlatego, że to pierwszy special w historii, który wytransmitowano w telewizji na żywo. Wywołuje to wrażenie tym większe, że materiał wydaje się być kompletny i nieprzegadany. Nie potrafię się zdecydować, które momenty powinienem tutaj przywołać, całość jest aż tak dobra: komplementowanie zamówień w restauracji, doskonała historia o wywiadzie dla lokalnej stacji telewizyjnej, a do tego wyśmiewanie głupich powiedzeń i sytuacji, za co uwielbiałem George'a Carlina. A to wszystko zupełnie na czysto (chociaż nie wyczuwa się ugrzecznienia na siłę), zaprezentowane wspaniałą mimiką, której towarzyszy nieustanne kiwanie głową i kołysanie ramionami, jakby Regan chciał powiedzieć bez słów: "No co ja poradzę? Jestem zabawnym gościem". Jedynym zastrzeżeniem jest końcówka, która nieco zwalnia tempa, ale to szczegół. Zasłużone podium.

2. John Mulaney "The Comeback Kid"


Johna Mulaneya poznałem dzięki internetowej akcji Humble Bundle, gdzie za bezcen można było kupić pakiet stand-upowych materiałów w wersji cyfrowej. Wśród nich znajdował się doskonały album "New in Town", do którego wciąż lubię wracać. Wiedziałem zatem, że warto poczekać na kolejne projekty tego dżentelmena. "The Comeback Kid" nie zawodzi pod żadnym względem. Po pierwsze, to najpiękniejszy wizualnie zapis występu komediowego jaki kiedykolwiek widziałem. Scenografia, zdjęcia, kolory, montaż, to wszystko jest prawdziwą ucztą dla oczu. Po drugie, klasa wizualna jedynie podkreśla klasę Mulaneya, który przezabawnie zaczyna od żartów na temat nieprzemyślanego gospodarowania powierzchnią kart urodzinowych. Poważnie. Do tej pory trudno mi uwierzyć, że udało mu się ująć ten temat w autentycznie zajmujący sposób. Oldschoolowy sznyt połączony ze współczesną błyskotliwością, tak w skrócie można by opisać ten styl. Doskonały jest bit o małżeństwie ze świetnie skrojoną metaforą "kupowania krowy". Nie da się również przecenić idealnego operowania subtelnościami - John porusza mocniejsze tematy, ledwie ich muskając. Tym sposobem, każdy wie o co chodzi, a jednocześnie nikt nie ma prawa czuć się urażony. Majstersztykiem jest także opowieść o byciu ministrantem. Bez tanich żartów i kopania leżącego, a wszystko świeże jak twarz Daisy Ridley. Wybitna rzecz.

1. Anthony Jeselnik "Thoughts and Prayers"


Gdybym silił się na obiektywność, Jeselnik prawdopodobnie wylądowałby na trzecim miejscu, ustępując miejsca Reganowi i Mulaneyowi. Na szczęście obiektywizm mnie nie interesuje. To najlepszy materiał Jeselnika. Najdojrzalszy (tak, dokładnie to słowo miałem na myśli) oraz najlepiej przemyślany. Nie ma już strzałów w powietrze, bo gdy Anthony strzela, to do celu i w dziesiątkę. Genialne struktury, wspaniała zabawa oczekiwaniami widza, a także trochę przyjemnego crowd worku. Ale największe wrażenie robi końcówka występu, gdzie Jeselnik odkłada na bok dotychczasowy styl, polegający na rzucaniu oburzających one-linerów, i zaczyna mówić poważnie, osobiście, od serca. To nie znaczy, że od razu mówi o kucykach i galaretce owocowej, bynajmniej. Wciąż jest bezkompromisowo, natomiast możemy nieco lepiej poznać autora "Caliguli" i "Shakespeare'a". Mówi o tym, czemu robi to, co robi oraz dlaczego w taki a nie inny sposób. Co ciekawe, ta część przypomina nieco tę Jima Nortona, opowiadającą o egoistach, próbujących skupić na siebie uwagę całego świata. Nigdy nie podejrzewałem, że kiedyś zobaczę występ Jeselnika z jakimś głębszym przesłaniem, a jednak. I sprawdził się w tej roli doskonale, nie tracąc przy tym swojej tożsamości, za którą go uwielbiam i stawiam w gronie najlepszych żyjących komików.

To by było na tyle, jeżeli chodzi o 2015 rok. Szesnaście speciali, wiele godzin poświęconych na ich szukanie i oglądanie, a także sporządzenie tego rankingu. Mam nadzieję, że ten wysiłek nie pójdzie na marne, a lista ta przyczyni się do propagowania amerykańskiego stand-upu w Polsce. Jeżeli nie czytaliście poprzednich części rankingu, zachęcam do czytania. Wyróżnienia oraz ostatnia piątka TOP 10. Dzięki za lekturę i do zobaczenia. Być może również za rok.

1 komentarz:

 
Blogger Templates