Ads 468x60px

czwartek, 28 stycznia 2016

TVN universe - recenzja filmu "Słaba płeć?"

A może po prostu zacznę chodzić do kina na polskie komedie, opisując swoje wrażenia na blogu?, pomyślałem pewnego dnia, dokonując złego wyboru. Alternatywą było samobójstwo. Okazuje się, że jestem postacią tragiczną, gdyż nieważne co wybiorę, efekt zawsze będzie ten sam. Niektóre polskie komedie również mogą okazać się samobójstwem, ale zabijają powoli. Boleśnie. Jak nowotwór.

Notatki, które zapisałem w zeszycie podczas seansu, wyglądają następująco: Ale nieśmieszny. I nudny. I bez cycków. Po zastanowieniu, wydaje mi się, że nie potrafię lepiej zrecenzować tego filmu. Niemniej spróbujmy.

Zaczęło się od całkiem przyjemnych Listów do M. 2, które ostatnio zrecenzowałem. Oho, pomyślałem, może nie będzie wcale tak źle?. Wybrałem się więc na Słabą płeć? i... powiem wam szczerze, że nie był to najgorszy film jaki widziałem. Ale, z drugiej strony, przemówienie Hitlera też nie było najgorszym jakie słyszałem. 

Słaba płeć? powstała na podstawie głośnej powieści pod tytułem Suka. Nie czytałem jej, ale po samej treści filmu podejrzewam, że materiał źródłowy został wykastrowany, co sugeruje już zmiana tytułu. Problem fabularny, który on zaznacza (podejrzewam, że w pierwowzorze położono na niego większy nacisk), został tu zaledwie muśnięty, a szkoda, bo rzeczywiście należy do najciekawszych elementów.

Główna bohaterka, Zosia, to wyzwolona dziewczyna, może nawet egoistka. Sypia z żonatymi mężczyznami, pracuje w wielkiej firmie przeprowadzającej audyty, jest opryskliwa i okłamuje matkę. "Młoda, wykształcona, z wielkich ośrodków", ot typowa przedstawicielka uniwersum TVN z całym dobrodziejstwem jego inwentarza. Nie muszę chyba mówić, że musi stać się coś, co sprawi, że zmieni swoje podejście do życia - w tym przypadku jest to niesprawiedliwe zwolnienie z pracy oraz - olaboga! - poznanie odpowiedniego faceta.

Przemiana bohaterki mogłaby być całkiem ciekawa, gdyby Zosia była postacią z krwi i kości (choć należy przyznać, że wcielająca się w nią Olga Bołądź daje radę). Niestety ona, jak i pozostałe postacie pojawiające się w tym filmie, mają osobowość styropianu. Plusem jest to, że pasują one jak ulał do równie płaskiej rzeczywistości, świata pełnego product placement, atrakcyjnych ludzi, nieskazitelnie czystych pomieszczeń i stereotypów.

Nie ma tu miejsca na oryginalność, bo wszystkie klisze na to nie pozwalają. Mamy tu wszystko: scenę zapoznania się dwójki bohaterów poprzez wpadnięcie na siebie i rozlanie kawy. Tępą, irytującą przyjaciółkę. Głupawego, seksistowskiego szefa. Romans z cyklu: "Nie lubię cię, ale za parę dni cię pokocham", a nawet Fajną Postać Na Wózku (tm), która nie gra w filmie żadnej istotnej roli, ale można pokazać, że inwalidzi też mogą być spoko. Najgorsze są jednak dialogi. Udają błyskotliwe, chcą być zabawne, lecz najczęściej są po prostu ubogie jak ja pod koniec miesiąca.

Na osłodę przyznam, że zdjęcia są całkiem udane, a Piotr Adamczyk fajnie poradził sobie z rolą komediową. Nie zdołał jednak uratować niektórych scen, takich jak ta, w której jego bohater dostaje alergii i karykaturalnie puchnie. Miało być zabawnie, ale charakteryzacja była autentycznie przerażająca, co przyniosło dziwne efekty. Niemniej doceniam intencje, gdyż rzadko w polskich filmach mamy do czynienia z typowo fizyczną komedią.

Rzecz jasna samego filmu nie polecam, ponieważ nawet w tej kategorii znalazłoby się wielu ciekawszych konkurentów. Po pierwsze, nie jest na tyle zły, by niezamierzenie bawił, a po drugie, nie jest na tyle dobry, by nie uznać poświęconego na niego czasu za stracony. Jeżeli więc chcecie coś obejrzeć w nadchodzące Walentynki ze swoją drugą połówką, sięgnijcie raczej po Listy do M. W końcu kobiety i tak zawsze zasypiają w połowie seansu, ale przynajmniej ty, mężczyzno, ograniczysz swoje cierpienie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
Blogger Templates