Ads 468x60px

sobota, 20 lutego 2016

Roast Kuby Wojewódzkiego - wrażenia po seansie


Miało być krótko i na temat. Po pierwsze: przybliżenie tego, czym jest roast oraz kim jest Piotr Kędzierski. Po drugie: podzielenie się opinią na temat tego wieczoru. Po trzecie: zakończenie tekstu słowami: "ale na stand-up to wypada chodzić na żywo". Okazało się jednak, że widowisko uznano za bardziej kontrowersyjne niż było w rzeczywistości. Oburzeni są widzowie, celebryci, prawicowe media, a nawet serwisy plotkarskie. Jako reprezentant środowiska stand-upowego, czuję się w jakiś sposób wywołany do tablicy, dlatego też z chęcią wytłumaczę dlaczego odpowiada mi taka prymitywna, chamska rozrywka. Ale najpierw niech tradycji stanie się zadość - napiszę jak mi się spodobał sam roast, natomiast w kolejnej notce odniosę się do całej dramy, nadmuchanej jak mydlana bańka.

Powiem tak, to nie był najgorszy roast jaki widziałem, ale przy najlepszych nawet nie stał. Wiem, że to frazes, ale myślę, że w tym przypadku uzasadniony.

Wypadałoby napisać kilka słów o występujących. Myślę, że możemy podzielić ich na cztery kategorie.

1. Osoby, które pozamiatały: 

Antoni Syrek-Dąbrowski, Sebastian Rejent oraz Dawid Podsiadło.

Nikogo tutaj nie zaskoczyłem, ale pragnę zwrócić uwagę na to, jak wielki progres zalicza Antek. Jego pewność siebie na scenie, mocne delivery i zaufanie do opowiadanych żartów - to wszystko robi bardzo dobre wrażenie. Sebastian pojechał w swoim stylu - to jeden z większych komplementów na jakie mnie stać. Dawid Podsiadło został słusznie okrzyknięty największym zaskoczeniem wieczoru. Jego występ podzielił ludzi na tych, którzy uważają, że Podsiadło jest nowym mesjaszem komedii oraz tych, którzy mają go za nieśmiesznego idiotę. Nie muszę chyba mówić, że obie strony uważam za niepoważne. Oczywiście ogromne brawa należą się tutaj Wojtkowi Fiedorczukowi, który napisał prawie cały set Dawida. Miałem o tym nie wspominać, podtrzymując piękną iluzję tego, że gwiazdy niezwiązane z komedią same sobie piszą żarty (nie myślicie chyba, że Pamela Anderson lub David Hasslehoff potrafią tworzyć one-linery?), bo przecież dzieciakom też nie mówimy, że Mikołaj nie istnieje. Ale skoro już wspomniał o tym sam Fiedor, a ludzie zaczęli modlić się do Dawida Podsiadło, to chyba faktycznie należy zepsuć zabawę i trochę ostudzić emocje. Oczywiście w niczym to nikomu nie ujmuje, nie wolno zapominać, że naturalne sprzedanie takich żartów jest cholernie trudnym zadaniem. Przeszkadzało mi za to trochę delivery, zbliżone do tego, co prezentował kiedyś Michał Kempa (chodzi mi o tę celową nieporadność sceniczną), ale nie będę się czepiał. Dawid wywiązał się ze swojego zadania bardzo dobrze.

2. Osoby, które dały radę:  

Cezary Jurkiewicz, Abelard Giza, Michał Kempa.

Czarek miał fajne żarty, ale wydawał się jakiś przytłumiony. Być może były to nerwy, być może niechęć do telewizji, a może po prostu pomysł na zaprezentowanie materiału. Według mnie troszkę zbyt introwertycznie. Niemniej to wciąż Czarek, więc podobało mi się. Abelard dał fajny set, chociaż na mój gust zbyt polityczny. Pójść do programu Wojewódzkiego i mówić o Dudzie lub parodiować zarzuty o żydowskim rodowodzie stacji, to jak pójść do obecnego TVP żeby pośmiać się z Komorowskiego. Można, ba, można nawet zrobić to dobrze, tylko nie do końca rozumiem po co. Z drugiej strony, im dłużej o tym myślę, tym bardziej ulegam przeświadczeniu, że to było właściwe zagranie. Muszę jeszcze w sobie przetrawić ten set. Michał Kempa dobrze wcielił się w niewdzięczną rolę roast-mastera. Niewdzięczną, bowiem z jednej strony musi on brać czynny udział w linczowaniu, a jednocześnie być charyzmatycznym prezenterem, którego publika polubi. To sprawia, że nie można skonstruować swojego wystąpienia tak, jakby się chciało w stu procentach. Energia roast-mistrza nie jest skumulowana, lecz rozłożona na całe widowisko.

3. Osoby, które były po prostu ok:

Kuba Wojewódzki, Anna Dereszowska.

Kuba miał schludne, dobrze skonstruowane żarty, zaprezentował je również nie najgorzej. I w sumie to tyle, co mogę o nim powiedzieć. Szkoda, że nie pokusił się o parę osobistych słów od siebie, jak robił to na przykład Charlie Sheen. Poza tym irytowało mnie jego "wkradanie się" w cudze sety, krzyczenie "brawoooo!" (co słusznie wygarnął mu zniecierpliwiony Kempa) oraz "łoooo!" po każdym ostrzejszym tekście roastującego. Za to Ania Dereszowska była urocza. Zdenerwowana, nie do końca pewna materiału, co można wybaczyć z wiadomych względów (nie, nie chodzi o cycki). Doceniam to, że dzielnie mówiła dość niebezpieczne żarty, na przykład ten o seksie kuzynów na wsiach. Nie chodzi o okrucieństwo pojazdu, bo nie był wybitnie ostry, a raczej o to, że stereotyp mieszkańców wsi nie stroniących od kazirodztwa jest popularny głównie w Stanach. A każdy żart, który może zostać niezrozumiany, jest niebezpieczny.

4. Osoby, które są Piotrem Kędzierskim: 

Piotr Kędzierski.

Nie chcę się nad nim znęcać, zwłaszcza że widać, że Piotr sam pracował nad swoim materiałem. Szacunek za odwagę, komedia to ciężki kawałek chleba i jedna z najboleśniejszych form scenicznych w przypadku niepowodzenia. Co prawda, mógł on skorzystać z rad kolegów oraz pomocy przy pisaniu żartów, ale cóż - jego wybór. Sam przeżyłem w swoim życiu wystarczająco dużo bombingów, żeby się nie wyzłośliwiać nad jednym słabym występem, więc pozostawię to zadanie internetowym komentatorom. Komedia ma to do siebie, że opinie na jej temat są skrajne. Jeżeli zaprezentujesz się słabo, nie usłyszysz już "nie podobało mi się. Uważam, że to był po prostu kiepski kawałek komedii", tylko zobaczysz prawdziwy gniew i agresję, jakbyś był winny holocaustu: "On jest żałosny, co on sobie wyobraża! Myślał, że jest zabawny, a okazało się, że taki nie jest? Jak śmiał?! NA SZAFOT ZE SKURWYSYNEM!". Dlatego też serdecznie pierdolę internetowe komentarze i wam też to polecam. Ale wróćmy do tematu.



Pod względem technicznym całość została zrealizowana przyzwoicie, choć skromnie. Obyło się bez sztucznych ogni i fajerwerków znanych z amerykańskich roastów tworzonych dla Comedy Central. Poprawiono natomiast rzecz, która strasznie dawała się we znaki podczas stand-upowych segmentów w odcinkach talk-show Wojewódzkiego - nagłośnienie. Trudno jest oddać w telewizji klimat wystąpienia i atmosferę, która panuje w studio. Ludzie siedzą obok siebie, jest ścisk, energia, śmiechy. W show Wojewódzkiego śmiechy publiczności były zawsze rejestrowane tak, że wydawały się bardzo odległe, wręcz nieobecne, a to w znaczącym stopniu zaburza odbiór. Teraz brzmi to już dużo lepiej. Największym problemem zaś okazał się montaż. Odwraca on uwagę od żartów i psuje napięcie, poprzez nieustanne pokazywanie reakcji linczowanych osób. Po co?

Niektóry narzekają, że ten wieczór był za ostry. Inni skarżą się, że to była dziecięca zabawa, a nie prawdziwy roast. Rozumiem obie strony, ale najbardziej współczuję organizatorom linczu Wojewódzkiego.

Nie zdawałem sobie dotychczas sprawy z tego, jak trudnym zadaniem jest stworzenie pierwszego w Polsce telewizyjnego roastu. Uświadomiła mi to wypowiedź Michała Kempy, której fragment pozwolę sobie tu zacytować:

Z jednej strony można odnieść wrażenie, że Polska zamieszkana jest przez estetów. Przez ludzi wymagających rozrywki wysokiej klasy. Gdzie żart winien być jedynie wielopoziomową, pełną metafor pieszczotą dla wysublimowanego gustu. Gdzie wulgarność i przekleństwo razi. Gdzie sprośny dowcip pomijany jest zasłoną milczenia. Z drugiej strony pełno tu młodych, wychowanych na amerykańskim stand-upie fanów hardkorowych, mocnych żartów dla których wczorajsza impreza, to było przedszkole w TVNie, a nie prawdziwy, pełny mięsa roast.




Tragizm jak u Edypa. Czego się nie zrobi, będzie źle. Jedni urażeni, że za mocno, inni że za słabo. Chamstwo, ponieważ ktoś śmiał żartować z nieobecnych w studio. Chamstwo, ponieważ nikt nic nie powiedział o aparacie Rejenta. Po prostu nie dało się wszystkich usatysfakcjonować. Wierzę, że ten szczypiący w oczy dym niekonsekwencji i niewyrazistości wieczoru, który - nie będę kłamał - mi również doskwiera, jest wynikiem chęci pogodzenia ognia z wodą. Zaprezentowanie szerszej publiczności formuły tak specyficznej jak komediowy lincz to ogromne wyzwanie i duża odpowiedzialność. Udało się to połowicznie, ale pierwsze koty za płoty.

PS. Co do cenzury - rozumiem, że takowa miała miejsce. Rozumiem też dlaczego miała miejsce, więc nie będę się czepiał. Póki co czekam na emisję pełnego widowiska, które ma podobno pojawić się na TVN playerze. Jeżeli odbiór programu będzie dzięki temu się znacząco różnił, pokuszę się o napisanie jeszcze paru słów na ten temat na moim fanpejdżu.

Playstation 2. Drugi tekst na temat linczu Wojewódzkiego znajdziesz tutaj.

PS 3. Ale na stand-up to wypada chodzić na żywo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
Blogger Templates