Ads 468x60px

wtorek, 5 kwietnia 2016

Sucho, suszej, Angie Tribeca - recenzja 1. sezonu

Miejmy to już za sobą - jest spore prawdopodobieństwo, że niniejszy serial w ogóle nie przypadnie wam do gustu. Natomiast jeżeli cenicie sobie mordercze tempo prezentowania gagów, parodie, gry słowne i suchary, słowem wszystko, czym zasłynęły np. filmy Mela Brooksa, Abrahamsa i Zuckerów (te lepsze), powinniście dać szansę Angie Tribece. To wspaniały hołd dla komedii w stylu Czy leci z nami pilot?, Gwiezdnych jaj, czy Nagiej broni oraz oczywiście Police Squad!. A jeśli jesteście z tego pokolenia, które już nawet nie pamięta wyżej wymienionych produkcji, być może do dalszej lektury zachęci was fakt, że producentem wykonawczym tego serialu (oraz reżyserem pierwszego odcinka) jest niejaki Steve Carell.

Angie Tribeca ukazuje perypetie tytułowej pani detektyw oraz jej kompanów. Rozwiązują sprawy kryminalne i... tyle. Fabularnie ten serial jest niedorzeczny i nawet nie próbujcie doszukiwać się w nim jakiejkolwiek spójności. Typowy komediowy procedural, którego jedynym punktym wspólnym są postacie oraz - O RANY RANY! - wątek romantyczny, będący oczywiście jawną kpiną z podobnych zabiegów w innych produkcjach.

Żadna historia, dialog, postać nie są zrobione na poważnie. Jeżeli znasz jakiś oklepany serialowy motyw, to znajdziesz go również i tutaj, tyle że podkręcony do granic możliwości. Mamy porucznika choleryka, opieprzającego swoich podwładnych za skopanie wyjątkowo ważnego dochodzenia. Mamy niepokorną detektyw, która chce pracować sama, ale na siłę przydzielają jej partnera, a więc mamy i ów partnera, który z czasem staje się dla głównej bohaterki kimś więcej niż zwykłym współpracownikiem. Mamy ekscentryczny zespół patologów... można tak wymieniać w nieskończoność.

Brakowało komedii w tym stylu. Tak bardzo, że pierwszy odcinek, pomimo formy, która w całości jest zaczerpnięta z tego, co już było, sprawia wrażenie czegoś naprawdę świeżego. Żarty z konwencji oraz przełamywanie czwartej ściany są tutaj na porządku dziennym, jeżeli myśleliście, że w "Deadpoolu" było tego dużo, to natychmiast zweryfikujcie swój pogląd. Przykładowo już pierwszy odcinek zawiera tak dużą ilość bezlitosnego w swojej bezpośredniości product placement Forda, że staje się on kolejnym żartem zamiast faktyczną reklamą.

Należy docenić naprawdę fajny dobór obsady, a w szczególności Rashidę Jones w roli Angie. Piotr Pluciński (krytyk filmowy i bloger) nazwał Rashidę godną kontynuatorką Leslie'ego Nielsena i ewidentnie coś w tym jest. Niegdyś pokazała ona swoje świetne komediowe wyczucie w amerykańskiej wersji The Office. Tutaj za cudownie gra tym, z czego zasłynął Nielsen - robieniem i mówieniem największych głupot ze śmiertelną powagą i kamienną twarzą. Reszta aktorów również sprawdza się w swoich rolach, nawet jeżeli nie wybijają się ponad przeciętną. Wymieniłbym tylko jeszcze znakomitego Jere'ego Burnsa w roli porucznika Atkinsa, który dodaje potrzebnego pazura tej produkcji.

A teraz, dlaczego większość z was odpadnie po obejrzeniu dwóch odcinków?  Problemem jest powtarzalność żartów. Można powiedzieć, że jest to celowy zabieg, ale chyba nie najwyższych lotów, biorąc pod uwagę, że w zależności od scenarzystów odpowiedzialnych za konkretne epizody, odcinki są lepsze lub gorsze. Przykładowo odcinek dziewiąty, idealnie wykorzystuje strukturę serialu, a jednocześnie nieustannie zaskakuje, bawiąc się absurdem. Natomiast kilka odcinków to generyczne kopiuj-wklej z fajnymi momentami, ale ogólnie bez większego polotu. Przez to po pewnym czasie jesteśmy w stanie przewidzieć dużą ilość puent, zważywszy że większość z nich opiera się na specyficznym montażu, timingu (przeciąganie scen w nieskończoność), grach słownych oraz związkach frazeologicznych (w świecie serialu funkcjonują one bardzo dosłownie). Jeżeli nie kręci was tego typu humor z pewnością poczujecie się nim przytłoczeni.

Z tego powodu, o ile sam serial mi się podoba, to nie polecam oglądania go przy jednym posiedzeniu (albo użyjmy modniejszego określenia - nie polecam binge-watchingu), bo zwyczajnie was zmęczy (chociaż na ten temat są różne opinie). Natomiast gdy włączy się jeden lub dwa odcinki każdego wieczora po męczącym dniu - wchodzi jak złoto. Zwłaszcza że takiego humoru nie było już dawno, a panowie odpowiedzialni za serię z movie w tytułach najwyraźniej zapomnieli jak go dobrze go prezentować.

PS. Największym żartem pierwszego sezonu okazuje się cliffhanger - cudownie głupi, tani i skuteczny. To jedno wielkie fuck you w kierunku widzów i przemysłu serialowego. Bo to tak jakbym ja nagle

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
Blogger Templates