Ads 468x60px

niedziela, 22 maja 2016

Nadzieja umiera pierwsza. "Horace and Pete" - recenzja

Trudno pisze się na nowo tekst, który już kiedyś się pisało. Tak jest w tym przypadku. Jak przystało na przykładnego gamonia, nie zapisałem pliku, w którym notowałem swoje wrażenia podczas seansu serialu Horace and Pete. Jestem osobą, która dość łatwo się poddaje frustracji i zniechęca do syzyfowej pracy, lecz w tym wypadku zdecydowałem się zakasać rękawy (mam na sobie t-shirt, więc jest to metaforyczne zakasanie metaforycznych rękawów), zacisnąć zęby (niemetaforyczne) i znów napisać, co myślę. A jeżeli dany tekst kultury jest w stanie mnie do tego zachęcić, to znaczy, że jest wyjątkowy.

Powinienem zacząć od określenia, czym właściwie Horace and Pete jest. Zrobiło się o nim ostatnio dość głośno, niestety raczej w kontekście plotkarskim. Louis C.K. stworzył nowy serial, ale w celu zadbania o całkowitą wolność artystyczną (stacja FX, współpracująca na co dzień z komikiem, ma ograniczenia choćby ze względu na ramówkę, która wymusza konkretny czas trwania odcinka itd.), sfinansował go całkowicie z własnej kieszeni. Kolejnym zaskakującym pomysłem jest umieszczenie całości w internecie i... nie poinformowanie o tym nikogo. C.K. uznał, że wyjątkowym doświadczeniem będzie stworzenie serialu od zera i pominięcie etapu promocji. Twórca ograniczył się jedynie do enigmatycznej informacji w swoim newsletterze, gdzie oświadczył, że pierwszy epizod jest dostępny na jego stronie. Po wypuszczeniu wszystkich dziesięciu odcinków, Louie przyznał w wywiadzie dla Howarda Sterna, że serial - przez nietypową formę dystrybucji - tymczasowo wprowadził go w długi. Tę informację natychmiast podchwyciły serwisy plotkarskie, manipulując faktycznym stanem rzeczy i sugerując, że Louis C.K. jest bankrutem, a jego serial finansową klapą. 

Dziwna machina "promocyjna" (która zdaje się całkiem nieźle działać) to nie wszystko, co wyróżnia ten serial. Mamy bowiem do czynienia z czymś, co trudno sklasyfikować; komedia i tragedia idą tu w parze (chociaż to tragedia wysuwa się na prowadzenie), a wszystko jest zrealizowane w teatralno-sitcomowej formie. Tyle że bez muzyki oraz śmiechu z puszki. Ogląda się to specyficznie, jednak nie jest to zarzut, bo kiedy człowiek już wgryzie się w tę historię, łatwo o szczękościsk.

Pozwólcie, że od razu was ostrzegę - jeżeli chcecie się po prostu pośmiać, nie oglądajcie nawet pierwszego odcinka. Humor jest tutaj bardzo "na przekór". Każdy odcinek jest gorzką pigułą, w której roi się od negatywnych emocji, nieszczęść i niezręczności, a żarty nie mają na celu przyniesienia ulgi widzom, jak ma to miejsce w większości komediodramatów. Ponadto nie jest to serial najprostszy w odbiorze. Przywołam tylko odcinek, który w całości jest dialogiem dwóch osób siedzących przy stoliku; rozpoczyna się on 10-minutowym monologiem postaci, której nawet nie znamy, ponieważ nie pojawiała się w dotychczasowych epizodach. Jedno, 10-minutowe ujęcie, na którym widzimy tylko twarz tej osoby. Chyba rozumiecie już, dlaczego nikt nie poszedł z tym do telewizji.


Wszystko jednak czemuś tutaj służy. Serial jest niesamowicie błyskotliwy w tym, co chce przekazać. Najczęściej są to rzeczy subtelne i przygnębiające. Na przykład to, że najtrudniej jest okazywać emocje, kiedy nam na tym najbardziej zależy. Albo to, że najważniejsi ludzie w naszym życiu czasem wcale nie są wyjątkowi - pod jakimkolwiek względem. Wady, które "szpecą" bohaterów nie są tu jedynie zabiegiem, mającym na celu ułatwić widzom identyfikację z daną postacią. Są to wady okropne, które czasami trudno usprawiedliwić. Natomiast mamy świadomość, że one wcale nie definiują tych postaci, a oceanie ich przez pryzmat słabości, byłoby błędem.

Ogromne wrażenie robi obsada aktorska. Pomimo całej mojej sympatii do Louisa (tytułowy Horace), muszę przyznać, że został przyćmiony przez swoich kompanów. Znakomity Steve Buscemi (Pete), doskonała Edie Falco (Sylvia) i absolutnie fenomenalny Alan Alda (wujek Pete), który powinien już teraz dostać swoją statuetkę Emmy, humanitarnie pozbawiając ewentualnej konkurencji wszelkiej nadziei na wygraną. Wszyscy, wraz z postaciami epizodycznymi mają świetną chemię i tworzą uzależniający klimat, który jest istotną - kto wie, może nawet najważniejszą? - częścią tego widowiska.

Celowo nie piszę nic o fabule tego serialu, przede wszystkim z szacunku dla zamysłu twórcy (wiedzę na temat Horace'a i Pete'a warto ograniczyć przed seansem do minimum). Jeżeli jesteście gotowi podjąć to wyzwanie - oglądajcie w ciemno. Ja jestem zachwycony.

OCENA: 10/10


Serial można zakupić pod tym adresem.

1 komentarz:

  1. Bardzo się cieszę, że napisałeś tę recenzję i mogę poznać czyjeś zdanie na temat Horace and Pete. Najpierw obejrzałam wszystkie sezony Louie,a potem zaczęłam ten serial. Jak się domyślasz, przeskok był ogromny, ale mimo to oglądam i z odcinka na odcinek coraz bardziej wciąga.
    Pozdrawiam Agata

    OdpowiedzUsuń

 
Blogger Templates