Ads 468x60px

niedziela, 17 lipca 2016

Śmiech i łzy w 48 sekund, czyli czołówka "F is for Family"

Myślę, że mogę nazwać siebie entuzjastą serialowych czołówek. Oczywiście tych dobrze zrealizowanych. Są takie, które lubię sobie odpalić od czasu do czasu nawet wiele lat po zakończeniu emisji danego tytułu (Sześć stóp pod ziemią, Dexter, Twin Peaks). Nieco inaczej sprawa ma się z komedią. Sitcomy sprowadzają się zazwyczaj do pokazania urywków z serialu w rytm chwytliwej piosenki. Na szczęście seriale animowane są nieco bardziej kreatywne. Prawdziwą perełką jest intro do F is for Family, nowej serii Netflixa, w której łapy maczał sam Bill Burr. Co mnie skłoniło do napisania tej krótkiej, bo krótkiej, ale jednak notki? Czołówka serialu ma 48 sekund. Niecała minuta, w ciągu której przeżywamy szereg różnych, nieraz kontrastujących emocji. Od rozbawienia, przez nostalgię, aż po autentyczny smutek. 

niedziela, 10 lipca 2016

Smutny klaun. Bo Burnham "Make Happy" - recenzja

Smutni klauni zawsze wydają się interesujący. To kontrast, teoretycznie nienaturalny, w rzeczywistości jednak spotykany całkiem często; Benny Hill, Richard Pryor, Robin Williams, by wymienić tylko trzech. Make Happy Bo Burnhama jest za to jednym z niewielu przypadków dosłownych zmagań z tym zjawiskiem pod kątem artystycznym.

Już introdukcja jasno nam sugeruje czego oczekiwać. Bo (ucharakteryzowany na klauna, za to ubrany pospolicie) szwenda się po mieście, mając plecak za jedynego towarzysza podróży. Ta scena w zestawieniu z tytułem jest dość wymowna. Najnowszy program młodego komika to kontestacja celebrytyzmu oraz gorzki komentarz odnośnie wizerunku śmiesznych ludzi. Burnham chce uzmysłowić, że nieprzypadkowo komedia jest siostrą tragedii, a pod uśmiechniętą maską kryje się coś przejmującego.

piątek, 1 lipca 2016

Piękne melodie i brzydkie słowa. Stephen Lynch "Hello, Kalamazoo!" - recenzja

Trudno mi uwierzyć, że od ostatniego, podwójnego albumu Stephena Lyncha pt. Lion minęły już trzy lata. Jedną z moich pierwszych recenzji komediowych nagrań była właśnie ta płyta. Jeszcze trudniej uwierzyć natomiast w to, że od czasu ostatniego speciala (nie licząc setu dla Comedy Central z 2008, było nim przebojowe Live at El Ray) minęło aż dwanaście lat. Czuję się staro. Hello, Kalamazoo! to w dużej mierze powtórka z Lion z pewnymi pretensjami do kompilacji typu greatest hits. Dlatego też na usta ciśnie się pytanie, czy w ogóle jest sens zapoznać się z tym materiałem? Znam dotychczasowe dokonania Lyncha całkiem nieźle, więc najbardziej naturalną zabawą była dla mnie gra pod tytułem "znajdź różnice".
 
Blogger Templates