Ads 468x60px

piątek, 1 lipca 2016

Piękne melodie i brzydkie słowa. Stephen Lynch "Hello, Kalamazoo!" - recenzja

Trudno mi uwierzyć, że od ostatniego, podwójnego albumu Stephena Lyncha pt. Lion minęły już trzy lata. Jedną z moich pierwszych recenzji komediowych nagrań była właśnie ta płyta. Jeszcze trudniej uwierzyć natomiast w to, że od czasu ostatniego speciala (nie licząc setu dla Comedy Central z 2008, było nim przebojowe Live at El Ray) minęło aż dwanaście lat. Czuję się staro. Hello, Kalamazoo! to w dużej mierze powtórka z Lion z pewnymi pretensjami do kompilacji typu greatest hits. Dlatego też na usta ciśnie się pytanie, czy w ogóle jest sens zapoznać się z tym materiałem? Znam dotychczasowe dokonania Lyncha całkiem nieźle, więc najbardziej naturalną zabawą była dla mnie gra pod tytułem "znajdź różnice".

Hello, Kalamazoo, rzuca Stephen Lynch, otwierając swoje show. Odpowiada mu wrzask rozentuzjazmowanej publiki. Witamy na naszym nagrywanym występie. Drugim już tego wieczoru. Pierwszy był naprawdę zajebisty. Powinniście być na tamtym

Stephen wielokrotnie mówił o tym, że jest muzykiem zamkniętym w ciele komika. Że chciałby kiedyś porzucić żarciki na rzecz czegoś poważniejszego. Tylko czy tak naprawdę potrafiłby to zrobić? Pomiędzy każdym utworem ma jakieś zabawne spostrzeżenia. Podziwiam jego skłonność do improwizacji oraz odtwarzania momentów, które tylko na improwizację wyglądają, gdyż z całą pewnością wymagały konsultacji z osobami wspierającymi go na scenie.

Skoro już jesteśmy przy jego towarzyszach - Rod Cone, Charlie King oraz zjawiskowa Courtney Jaye nie są jedynie chórkiem i dodatkowymi parami rąk do instrumentów. To pełnoprawni bohaterowie widowiska, a każdy z nich ma dużą charyzmę i doskonale uzupełnia się z lekko zdziecinniałym Lynchem. To jest też główny argument za tym, by obejrzeć tenże special. Chemia pomiędzy tymi ludźmi jest niesamowita, a widz od razu kupuje ich wymiany zdań i zgryźliwe komentarze. Cała załoga ewidentnie doskonale się bawi na scenie, a ta przyjemna kameralno-koleżeńska atmosfera natychmiast udziela się również publice. To są elementy, które warto zobaczyć na własne oczy, stąd też różnica w odbiorze speciala i płyty audio.

Stephen Lynch z pewnością nosi w sobie gen wampira - nic się nie zestarzał.


Gdybyśmy rzeczywiście mieli do czynienia z kompilacją największych przebojów komika, przyczepiłbym się do setlisty. Na przykład Whisky dick jest dość zabawne, ale za pewnością na jego miejsce znalazłbym co najmniej kilka lepszych utworów. Cieszy natomiast powrót do starego dobrego Craiga oraz odświeżenie kilku piosenek poprzez dodanie nowych wersów, aranżacji i puent. Pojawia się nawet premierowy pół-utwór, udanie nawiązujący do doskonałego The Night I Laid You Down.

Gdybym chciał opisać rodzaj brzmienia, nastrój budowany podczas występu, musiałbym się powtórzyć, gdyż całość często pokrywa się z tym, co napisałem w recenzji Liona. W skrócie - melancholijne brzmienie będące mieszanką rocka i country. Utwory energiczne (rzekłbym nawet "z pierdolnięciem") przeplatają się tutaj z balladami i słodkim dźwiękiem gitary. A wszystko zagrane i zaśpiewane na bardzo wysokim poziomie. Idealny materiał na początek wakacji. To zupełnie inny wymiar muzycznej komedii niż to, co możemy uświadczyć u nas - przaśne szanty i parodie popularnych utworów z radia. To, co prezentuje Stephen, broni się bez żartów. Gdyby podmienić teksty na jakieś rzewne miłosne wyziewy przepełnione tęsknotą - kupiłbym to bez mrugnięcia okiem i nawet nie połapał się, że coś jest nie tak.



I właśnie na tym polega siła Hello, Kalamazoo - kunszt wykonania, który już nie przypomina szokująco-śmiesznych podrygów Lyncha z początku kariery. Poruszone tutaj tematy są dalece bardziej subtelne (choć nie ma co przesadzać, nie jest to w końcu poezja), w każdym razie na tyle, że zrobiłbym autorowi krzywdę, próbując streścić je w kilku słowach. A zabawa piosenkową formą i coraz śmielsze zmiany w samej strukturze występu - to wszystko karze patrzeć mi z optymizmem na dalszą drogę komika. I nawet jeżeli kiedyś rzeczywiście zrezygnuje z wulgarnych żartów i rozkosznej, infantylnej energii, to wciąż będę czekał na jego kolejne projekty z niecierpliwością.

OCENA: 8/10



P.S. Hello Kalamazoo możecie zakupić w formie VOD w serwisie Vimeo. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
Blogger Templates