Ads 468x60px

niedziela, 17 lipca 2016

Śmiech i łzy w 48 sekund, czyli czołówka "F is for Family"

Myślę, że mogę nazwać siebie entuzjastą serialowych czołówek. Oczywiście tych dobrze zrealizowanych. Są takie, które lubię sobie odpalić od czasu do czasu nawet wiele lat po zakończeniu emisji danego tytułu (Sześć stóp pod ziemią, Dexter, Twin Peaks). Nieco inaczej sprawa ma się z komedią. Sitcomy sprowadzają się zazwyczaj do pokazania urywków z serialu w rytm chwytliwej piosenki. Na szczęście seriale animowane są nieco bardziej kreatywne. Prawdziwą perełką jest intro do F is for Family, nowej serii Netflixa, w której łapy maczał sam Bill Burr. Co mnie skłoniło do napisania tej krótkiej, bo krótkiej, ale jednak notki? Czołówka serialu ma 48 sekund. Niecała minuta, w ciągu której przeżywamy szereg różnych, nieraz kontrastujących emocji. Od rozbawienia, przez nostalgię, aż po autentyczny smutek. 

Zaledwie 50 sekund wystarczy twórcom, aby opowiedzieć nam wszystko, co musimy wiedzieć o serialu, który zaraz obejrzymy. Wiemy o czym opowiada, kim jest główny bohater oraz co sprawiło, że jest taki jaki jest.

Jeżeli jeszcze nie widzieliście czołówki, ani tym bardziej żadnego odcinka, zerknijcie na filmik poniżej.



To intro zresztą pozytywnie rzutuje na konstrukcję całego serialu. Dzięki niecałej minucie twórcy mogą odpuścić sobie fabularne dywagacje i usilne ekspozycje, które często są zmorą seriali komediowych, gdyż odwracają uwagę od historii i humoru. Bo po co mamy słuchać, jak postacie opowiadają o swojej przeszłości, skoro interesuje nas co się dzieje tu i teraz? Ale wróćmy do tematu.

Dlaczego czołówka ma prawo nas bawić, jest chyba oczywiste - z tego samego powodu, dla którego śmieszą nas Świat według Bundych, Roseanne czy inny Pępek świata. Duża rodzina, duży problem, a w jej centrum rodzic w średnim wieku, który od czasu do czasu marzy o tym, by być gdziekolwiek indziej. 

Ciekawszym zagadnieniem jest prowokowanie smutku. Pozwólcie, że powtórzę to, co napisałem na fanpage'u: "Mam pretensje do Billa Burra i jego nowego show. Już samo (doskonałe!) intro spoileruje życie. I nie śmiem wątpić, że robi to w dokładny, nieprzesadzony sposób". Aby wszystko sobie należycie uporządkować, zajrzyjmy do samej historii przedstawionej w F is for Family.

Głównym bohaterem jest Frank Murphy, facet w średnim wieku, wzorowany na ojcu Billa Burra. To choleryk, który regularnie obiecuje swoim niefrasobliwym dzieciakom, że "przebije je przez tę pieprzoną ścianę". Czasami bywa tak gorąco, że współczesnemu widzowi robi się aż niezręcznie, przez co trudno polubić Franka. Natomiast czołówka tak nakreśla profil psychologiczny głowy rodziny, że o wiele więcej mu wybaczamy, dzięki czemu brutalny humor zawarty w serialu jest nieco lżejszy w odbiorze. 

Frank to człowiek, który nigdy nie miał czasu dla siebie. Gdy tylko ukończył szkołę, dostał wezwanie do wojska. Poleciał walczyć w Wietnamie. Po powrocie zaliczył z dziewczyną wpadkę, tak więc młodo się ożenił. Obowiązki ojca i męża były na tyle pochłaniające, że ani się obejrzał, a zleciała mu połowa życia. Dorobił się gromadki dzieci i problemów finansowych. To bardzo banalna historia, ale tym bardziej ujmująca i smutna, gdyż wszyscy znamy takich ludzi. To nasi ojcowie, wujkowie, koledzy naszych rodziców. To cisi bohaterowie, którzy nigdy nie zgarną zasłużonych pochwał przez to, że zostali wychowani w takich a nie innych czasach, co skutkuje ich szorstkością i agresją, odpychającą wszystkich dookoła. To między innymi o takich facetach mówił Chris Rock w swoim świetnym monologu porównującym rolę społeczną matek i ojców, którzy nigdy nie są należycie doceniani.

Całkiem sporo jak na 48 sekund, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
Blogger Templates