Ads 468x60px

niedziela, 10 lipca 2016

Smutny klaun. Bo Burnham "Make Happy" - recenzja

Smutni klauni zawsze wydają się interesujący. To kontrast, teoretycznie nienaturalny, w rzeczywistości jednak spotykany całkiem często; Benny Hill, Richard Pryor, Robin Williams, by wymienić tylko trzech. Make Happy Bo Burnhama jest za to jednym z niewielu przypadków dosłownych zmagań z tym zjawiskiem pod kątem artystycznym.

Już introdukcja jasno nam sugeruje czego oczekiwać. Bo (ucharakteryzowany na klauna, za to ubrany pospolicie) szwenda się po mieście, mając plecak za jedynego towarzysza podróży. Ta scena w zestawieniu z tytułem jest dość wymowna. Najnowszy program młodego komika to kontestacja celebrytyzmu oraz gorzki komentarz odnośnie wizerunku śmiesznych ludzi. Burnham chce uzmysłowić, że nieprzypadkowo komedia jest siostrą tragedii, a pod uśmiechniętą maską kryje się coś przejmującego.

Z zainteresowaniem i niemałym podziwem śledzę karierę Bo. Rozwinął się. Od kiepskich youtube'owych piosenek i szalenie popularnych vine'ów pokonał kawał drogi. Teraz jest dojrzały, przenikliwy, ma coś do powiedzenia. Niestety powiela wady, które sam autoironicznie skomentował na jednym ze swoich poprzednich albumów:

My show is a little bit silly
And a little bit pretentious
Like Shakespeare's willy
Or Noam Chomsky wearing a strap-on.


Make Happy to naturalna kontynuacja przebojowego what. (recenzja tutaj), i w mojej opinii nieco mu ustępuje. O ile szkielet programu pozostaje w zasadzie ten sam, to różni się on proporcjami zastosowanych rozwiązań. Natężenie żartów i tempo rozgrywania show jest inne, spokojniejsze i mniej szalone. Oczywiście pojawiają się tu znaki rozpoznawcze komika, to znaczy "żarty znikąd" oraz krótkie bity, które zdają się nie pasować do misternie zbudowanej konstrukcji. Na poprzednim specialu skradły mi one serce. Tutaj uważam, że czsasami rzeczywiście odstają od głównego trzonu wystąpienia - czasami poziomem, czasami estetyką, czasami energią. Jakkolwiek cudowny nie byłby początek, utrzymujący paradoksalną spójność poprzez zaproponowany widzom chaos, tak w środku materiału coś zgrzyta. I o ile Kill yourself jest godnym odpowiednikiem Repeat stuff, to już pantomima przedstawiająca faceta robiącego kanapkę kolejno pod wpływem marihuany i alkoholu, jest po prostu przeciętna. Nawet jeżeli kogoś rozbawi za pierwszym razem, to przy drugim seansie już nuży.

Piosenkom granym na żywo brakuje brzmieniowej różnorodności. Na szczęście pojawiają się również bardziej zróżnicowane podkłady z offu, chociaż trzeba uczciwie zaznaczyć, że zostały bardzo słabo zarejestrowane, przez co brzmią cicho, niewyraźnie i zdecydowanie gorzej niż klawisze obecne na scenie. To ogromne niedopatrzenie jak na materiał, który wizualnie jest nienaganny i pod tym kątem deklasuje wszystkie speciale, które ukazały się w tym roku.

Tak czy inaczej znajdziemy tu kilka perełek takich jak piosenka kąśliwie komentująca komercjalizację gatunku country oraz utwór poruszający problem współczesnego rapu, skupiającego się wyłącznie na "tłustych bitach" i dobrym flow. Wszystko coraz konsekwentniej idzie w kierunku wielkiego finału, myśli przewodniej, z którą chce zostawić nas autor. I tu pojawia się największy problem.

Skłamałbym, mówiąc że najnowszy special Burnhama jest bardziej osobisty niż znakomite what. Tutaj po prostu ta intymność jest mocniej zamanifestowana. Podoba mi się motyw przewodni Make Happy - występ o występowaniu. Z jednej strony silny autotematyzm, z drugiej zaś widz może się z nim w pewien sposób utożsamić, co zauważa sam Burnham. No właśnie. Doszło do tego niezręcznego momentu, w którym sam autor tłumaczy, co ma na myśli. I nie przeszkadza mi to w intrygującym finale, będącym śmieszno-smutną parodią koncertowych tyrad Kanye'ego Westa (wolałbym gdyby ów finał nie opierał się na stylistyce innego artysty, ale jest na tyle dobrze zrealizowany, że przymykam na to oko). Niemniej doskwierać mi to zaczęło, gdy tuż przed finałem Bo "przerwał" występ, by wytłumaczyć publice, co chce przekazać. I nawet to nie przeszkadzałoby mi zbyt bardzo, gdyby ograniczył się wyłącznie do tego momentu. Tymczasem podobne spostrzeżenia komik rzucał pomiędzy praktycznie każdym zagranym utworem. Chciałbym, żeby zaufał trochę bardziej odbiorcom. Zdaję sobie sprawę, że większość z nich to młodzi, niepełnoletni ludzie, a tacy patrzą na świat zero-jedynkowo. Pamiętajmy jednak, że to materiał stworzony ewidentnie do refleksji - mniej lub bardziej głębokich. Poprzez tak dosłowną eksplikację Burnham sam redukuje pole interpretacyjne i naszą chęć włożenia wysiłku w odbiór tego materiału. Szkoda, bo wydaje mi się, że what. był odrobinę bardziej subtelny.

I tak doszedłem do momentu, w którym powinienem wystawić ocenę. Przeklinam za to sam siebie, gdyż trudno ocenić tego typu materiał cyferką. To byłoby nieuczciwe, ponieważ ma wady, ale ma też swoje ambicje (a według niektórych mogą to być pretensje), co sprawia, że nie doskwierają one tak bardzo, choć komplikują bardzo udany odbiór. Dlatego też Make Happy gorąco polecam, nie wystawiwszy żadnej noty.



P.S.: Special Make Happy dostępny jest na polskim Netflixie. Póki co, nie ma do niego polskich napisów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
Blogger Templates