Ads 468x60px

piątek, 7 kwietnia 2017

Postępująca carlinizacja - Louis C.K. "2017" - recenzja

Tytuł recenzji jest dość prowokujący, ale myślę, że uda mi się uzasadnić mój punkt widzenia. Ostatnie dwa speciale Louie'ego, Oh My God oraz Live at the Comedy Store (recenzja tutaj), były całkiem udane. Miały nawet momenty wybitne. Ostatecznie jednak nie wytrzymały porównania z poprzednimi dokonaniami Szekely'ego. Bałem się nowego materiału, gdyż słyszałem na jego temat umiarkowanie entuzjastyczne opinie znajomych, którzy miali okazję zobaczyć go na żywo. Co więcej, niektóre z ostatnich wielkich powrotów (Bill Burr, Amy Schumer, Joe Rogan - wszystkie pojawiły się na Netflixie) były cokolwiek rozczarowujące.


I pierwsze dziesięć minut 2017 nadal jest dla mnie zagadką. Jego rozprawa o aborcji niepozbawiona jest ciekawych argumentów oraz trzeźwego spojrzenia, nieoczerniającego żadnej ze stron sporu, natomiast brak jej lekkości i ugina się od chęci szokowania. W zasadzie przypomina coś, co raczej zrobiłby Jim Jeffries lub Doug Stanhope, co nie jest jakimś wielkim zarzutem, aczkolwiek przyznam, że byłem zdezorientowany i jeszcze bardziej nie wiedziałem czego się spodziewać po reszcie występu.

Jednak im dalej, tym lepiej. Louie ponownie zrezygnował z  dużej ilości autobiograficznych opowieści z jego domu rodzinnego na rzecz śmiesznych min i dziwnych głosów, co było rzeczą wyróżniającą Live at the Comedy Store. Tym razem udoskonalił formułę, i to właśnie jego mimika, gesty, zmiana barwy głosu często stanowią puentę, a nie słowa, które wypowiada. Bit o "przyjaznym mężczyźnie" jest doskonały. Przyłapałem się w pewnym momencie na błogim rechocie - prostym, prymitywnym, nieskażonym żadnym zbędnym przemyśleniem. Komedia w najczystszej formie.

Nie dajcie się jednak temu zwieść. Uważam, że to najbardziej przemyślany i najbogatszy w przemyślenia special Louisa, który czasami wkracza w uproszczoną, ale intrygującą filozofię. Odnoszę wrażenie, że Louie czuje się na siłach, by pójść w ślady legend zaangażowanej komedii, Lenny'ego Bruce'a, Billa Hicksa oraz George'a Carlina właśnie. I o ile ci wyżej wymienieni często koncentrowali się na polityce, tak Louie częściej mówi o społeczeństwie i emocjach, którymi się ono kieruje.

Ktoś mógłby powiedzieć, że Louie rezygnuje z czegoś głębszego na rzecz humoru obserwacyjnego. Zgodziłbym się z tym, ale tylko częściowo, gdyż humor obserwacyjny w 2017 nie sprowadza się do wymieniania ciekawostek i mówienia: "Też tak macie?".

Pamiętacie tribute Louisa dla Carlina? Powiedział w nim, że George nauczył go tego, by szukać głębiej. Więc Louie szukał.

Kończą się żarty na temat samolotów i psów. Co dalej?

Mówisz o swoich uczuciach. Co dalej?

Mówisz o swoich lękach i koszmarach. Co dalej?

W końcu mówisz o jakichś pojebanych rzeczach i o swoich jajach. Ale trzeba iść dalej.

Wydaje mi się, że Louie całkiem dobrze przewidział swoją karierę. Na początku mówił historie o machaniu brzoskwinią. Następnie prześwietlił swoje życie rodzinne niczym rentgen. Mówił otwarcie o swoich wadach, złych myślach i negatywnych emocjach, którymi nie każdy byłby skory się podzielić. A Live at the Comedy Store był zbiorem dziwactw i głupot. Obecnie mam wrażenie, że Louie rzeczywiście jest obserwatorem ludzkich zachowań, ale wszelkie spostrzeżenia sumiennie filtruje przez swoją wrażliwość i swój punkt widzenia. To złoty środek pozwalający zachować przenikliwość spojrzenia na pewne kwestie, jak i dosadne uzewnętrznienie się.


Przykładem niech będzie świetny bit o pięcie Achillesa - dlaczego jego matka nie zanurzyła go w całości w wodzie, czyniącej go niezniszczalnym? To naprawdę zabawny, nieco absurdalny fragment. Z powodzeniem mógłby go opowiedzieć na przykład Eddie Izzard. I prawdopodobnie by na tym poprzestał. Louie natomiast spojrzał na tę historię głębiej, i opowiedział ją z perspektywy rodzica zirytowanego faktem, że dla dzieci niemal zawsze wysiłek rodziców jest niewystarczający. To kolejna, szalenie ciekawa warstwa, która wzbogaca i tak zabawną przecież historię.

Myślę, że to następny poziom artystycznego rozwoju Szekely'ego. Nie są to już wyłącznie śmieszne spostrzeżenia, takie jak casting dziewczynek do roli w Liście Schindlera, czy opowieść o aktorze grającym Stracha Na Wróble w Czarnoksiężniku z Krainy Oz. To również poziom dalej niż fantastyczne przemyślenia z Hilarious na temat niedoceniania polepszającego się poziomu życia, czy też bezmyślnego osłabiania mocy języka. W 2017 dominują zaś bity na miarę klasycznego już "Of course, but maybe".

Wracając do Carlina, mamy tutaj fragment bezpośrednio nawiązujący do dokonań legendy. Chodzi mi oczywiście o rozważanie o tym, czy zmarli faktycznie nie mają nic lepszego do roboty, niż obserwowanie bliskich pozostałych przy życiu. 

Tymczasem pod pewnymi względami 2017 jest powrotem do pierwszych speciali Louisa. Do nihilistycznego spojrzenia na rzeczywistość. Lubię życie dokładnie na tyle, by się nie zabić, mówi Louie, przywodząc na myśl wszystko to, za co go pokochałem. Zdrowy pesymizm. Czasami wyolbrzymiony, ale wciąż daleki od użalania się nad sobą. Do tego dodał naprawdę ciekawy komentarz społeczny. I chyba po raz pierwszy udało mu się to zrobić bez utraty esencji; tego, co sprawia, że słysząc dany żart po raz pierwszy, natychmiast się uśmiechamy, myśląc: To cały Louie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
Blogger Templates